niedziela, 8 marca 2026

Bielsko i przyjaciele

Nie wiem jak to się stało, że choć do Bielsko-Bialej mamy tylko dwie godzinki drogi samochodem, nigdy tam nie byliśmy. Słyszeliśmy że to fajne miasto, podobno Filip Springer stwierdził nawet że “najfajniejsze w Polsce”. Obiecałam sobie wielokrotnie, że to sprawdzę. Okazja trafiła się tego lata. Wspominałam już, że Mateo pomału odłącza się od naszej ekipy, by chodzić już własnymi ścieżkami. Jednocześnie dopóki nie osiągnie pełnoletności wolimy nie oddalać się zbytnio od domu, w którym zostaje sam, choć wiem że doskonale sobie radzi. Dlatego w te wakacje zaplanowaliśmy małe wyjazdy w rozsądnych odległościach, by w razie czego wciąż mógł na nas liczyć. Namówiliśmy go tylko na tradycyjny wyjazd kempingowy do Chorwacji, o tym w kolejnych postach. Nie próbowaliśmy przekonać go do innych dłuższych podróży, bo decyzji o zwiedzaniu naszej ojczyzny sprzyjały też inne okoliczności. Otóż wzięłam udział w dwóch spotkaniach klasowych po ponad 20 latach. O jednym, związanym z obchodami 80-tej rocznicy mojego liceum wspominam w poście o targach kempingowych w Utrechcie (pojawi się wkrótce). Drugi, odbył się w Českým Těšině, gdzie spotkałam się na zorganizowanym dość spontanicznie “zjeździe” osób z którymi studiowałam slawistykę w Krakowie. Było řezané piwo, nakládané hermelíny, miłe pogawędki i ogólnie bardzo super! Ale chcę opowiedzieć o tym co zrobiliśmy przy okazji. Początkowy plan zakładał, że tydzień przed spotkaniem spędzimy na cieszyńskim Kempingu Pod Czarnym Bocianem. Jak się potem okazało nasi znajomi nocowali tam kiedyś i byli zadowoleni z pobytu, tym bardziej szkoda że nam się nie udało. Plany pokrzyżowała pogoda. Nie zwykły deszcz, którym zbytnią byśmy się nie przejęli, stwierdzając: ot kapryśne lato. Może pamiętacie te zeszłoroczne lipcowe ulewy? Bielsku groziło zalanie, a położony pomiędzy dwoma ciekami wodnymi kemping, nie wydawał się miejscem bezpiecznym. Codziennie obserwowaliśmy prognozy pogody ale nie zapowiadano żadnych zmian w kwestii opadów. Już miałam pojechać sama, niechętnie przyznaję, bo choć sobota ze znajomymi ze studiów zapowiadała się ekscytująco, nie lubię jak plany wyjazdowe bezpowrotnie się psują. Pomysł polegał bowiem na tym, że ów kemping miał stanowić bazę wypadową do zwiedzania obu Cieszynów, Ostrawy (lubimy tamtejsze ZOO i mamy też pare zaległości w Vítkovicach) i właśnie Bielska. Postanowiliśmy więc uratować to tak, że zarezerwujemy nocleg w Bielsku i skupimy się na zapoznaniu z tym interesującym miastem, z przerwą na towarzyskie wypady do  Cieszyna.
Mieszkanie, które wynajęliśmy bardzo rozczarowało nas pod względem widoku z okna. “Apartamenty Szyndzielnia" reklamują się jako “Widokowe Apartamenty” z “cudownym widokiem” i “panoramą gór”. Rozczarowanie wynikało z tego, że cały ten widok był naszym głównym kryterium przy wyborze miejsca, a po przyjeździe okazało się że widać jedynie sąsiedni blok i parking. Mimo, że zamierzaliśmy się włóczyć po centrum liczyłam na miłe wieczory i śniadania na balkonie z pięknym zielonym tłem. Jakoś to przełknęliśmy. Cała reszta: sypialnia i pokój z aneksem kuchennym były neutralne, nie mieliśmy innych zastrzeżeń.
Pierwsze spacerowe kroki skierowaliśmy do OKO - Centrum Bajki i Animacji. Dzień, mimo że to połowa lipca, był szary i pochmurny, w dodatku chłodny. Zatem znaleźliśmy się w miejscu  na taką porę idealnym, pełnym radości i kolorów. Oraz sentymentów. Przyznam szczerze, że nie przepadałam za Dobranockami, zwanymi też Wieczorynką z lat 80-tych, gdy byłam dzieckiem. Dziesięciominutowe odcinki animacji rysunkowej czy kukiełkowej rodzimych produkcji emitowane codziennie (i tylko ten jeden raz!) wieczorem w dni powszednie na jednym z dwóch istniejących wtedy kanałach telewizyjnych wydawały mi się nieco ponure i smutne. Zwłaszcza w porównaniu do wspaniałego Disneya, którego pięknymi, idealną barwą i kreską malowanymi bajkami obdarzano nas przez prawie pół godziny w wieczory niedzielne (potem były Smerfy). Nawet kukiełkowe Muminki mnie przygnębiały (japońska adaptacja bardziej w disnejowskim stylu pojawiła się dużo później). Doceniłam je dopiero po latach, kiedy zaczęłam oglądać animowane produkcje najróżniejszego rodzaju z moimi dziećmi i dziś jestem wielką fanką wszelkich filmów animowanych. Produkcje z Bielska lubiłam jednak nawet jako dziecko. Chyba mają w sobie więcej beztroski i naturalnej dziecięcej radości. Intro z Reksia potrafię odtworzyć w głowie w ciągu sekundy i wcale mnie ten dźwięk nie irytuje. Bolek i Lolek to jedna z pierwszych bajek jakie puszczałam swoim chłopakom. Baltazara gąbkę pokochałam dzięki książkom, ale pedrowe “karrrrambbba” rozlegające się ze starego, wielkiego odbiornika telewizyjnego było przyjemnym bonusem. OKO to nowoczesna, interaktywna kopalnia wiedzy na temat bielskiego studia filmowego, historii tutejszych bajek i procesu tworzenia animacji. Odnajdzie się tu każdy niezależnie od wieku. Wspaniała obsługa, chętna do rozmowy podchodzi, prezentuje, objaśnia. Na Google Maps, jak w wielu nieoczywistych miejscach, w których nam się podobało, opinie są skrajnie podzielone. O ile rozumiem, że ktoś mógł odczuwać większą nostalgię w poprzednim muzeum (którego jednak nie znam, więc nie jestem w stanie ocenić) to argument, że w nowym centrum nie ma co robić i zwiedzanie ogranicza się do gapienia na interaktywne tablice, jest już uważam mocno niesprawiedliwe. Po obejrzeniu wystawy (dwa piętra), na którą warto poświęcić conajmniej dwie godziny, udaliśmy się do znajdującej się na parterze sali kinowej, obejrzeć tutejsze bajki a potem na małe co nieco do kawiarni i wreszcie po gadżety z ulubionymi bohaterami do sklepiku z pamiątkami. Jedyną postacią, w co aż trudno uwierzyć, której której nie kojarzyłam jest podróżnik i łowca zwierząt Pampalini, ale chętnie obejrzałabym produkcje dla dorosłych widzów, o których istnieniu też nie miałam wcześniej pojęcia.
Mimo niesprzyjającej aury, po wyjściu z bielskiego centrum filmowego udaliśmy się na spacer po mieście, szlakiem Bajkowe Bielsko-Biała. Nie potrzebowaliśmy żadnego pretekstu, kolejnej gry terenowej by zmotywować się do włóczęgi  po mieście gdyż samo w sobie rzeczywiście jest bardzo interesujące. Lubię taki chaos architektoniczny, posobne wrażenia miałam w Moskwie albo Buenos Aires, ale Bielsko jest oczywiście jedyne w swoim rodzaju. Myślę że będę je odwiedzać często. Podobno sporo się tu dzieje od strony artystycznej, więc już się cieszę na te wyprawy.
Tymczasem odnajdywaliśmy po kolei pomniki wszystkich bielskich animowanych bohaterów, fotografowaliśmy ich i siebie razem z nimi, odkrywając przy okazji inne ciekawe miejsca jak  na przykład “Kamienica pod Żabami”.
Na koniec dnia odkryliśmy, trafiając tu zupełnym przypadkiem, Bistro Piekarnik. Ciekawie urządzone, przytulne wnętrze, z fajnym klimatem, w miejscu gdzie dawniej znajdowała się kuźnia. Zamówiliśmy burgery i pieczone ziemniaki, wszystko smakowało wyśmienicie!
Kolejny dzień spędziliśmy w Cieszynie. W oczekiwaniu na spotkanie ze znajomymi, jeszcze nie to jubileuszowe, postanowiliśmy się przespacerować, a że zaparkowaliśmy w pobliżu, zwiedzanie polskiej części miasta zaczęliśmy od Góry Zamkowej, gdzie pośród przyjemnej zieleni starych drzew znajdują się pozostałości zamku Piastów cieszyńskich a także ładny widok z kamiennego tarasu na miasteczko. Osobiście, nie licząc przesiadki podczas powrotu z Pragi, odwiedziłam Cieszyn dwukrotnie, w czasach studenckich. Większość czasu przesiedziałam w kinie, gdyż z trwał festiwal Kino na granicy (Kino na hranici), a pozostałą - wieczorną przy piwie po czeskiej stronie. Nic więc dziwnego, że niewiele pamiętałam. Być może nadal uważałabym że to nudne przygraniczne miasteczko, gdyby nie "Řezaný świat" Adama Miklasza - “Osobisty przewodnik po Śląsku cieszyńskim. Po tej lekturze, pełnej historycznych, geograficznych i innych, gawędziarskich ciekawostek nie tylko spojrzałam na Cieszyn innym okiem, ale zapragnęłam natychmiast wsiąść w pociąg lub autobus i ruszyć w podróż po jego okolicy. Bardzo polecam!
Późne popołudnie i wieczór spędziliśmy w miłym towarzystwie najpierw na kawie i ciachu w przeuroczej kawiarni Kornel i Przyjaciele, w moim ulubionym stylu (czyli książki i jeszcze raz książki plus klimat vintage, jak z krakowskiego Kazimierza). Potem wróciliśmy pod Górę Zamkowa do Klubokawiarnia Presso już na coś odpowiedniego na bardziej wieczorową porę.
Właściwe spotkanie byłych krakowskich studentów slawistyki odbyło się następnego dnia, przy piwie i hermelínach już po drugiej stronie Mostu Wolności. Tata z Elio wrócili na noc do Bielska, odwiedzając przedtem mural „Kocia Szajka”, z bohaterami książki którą mój młodszy Syn wypatrzył sobie u Kornela i Przyjaciół, nabył na pamiątkę, od razu przeczytał i polubił.
Na kemping Pod Czarnym Bocianem zajrzeliśmy w między czasie na szybki obiad i myślę że przy innej okazji rozważymy przyjazd tu z przyczepką raz jeszcze, może pogoda dopisze. 
Do Krakowa wróciliśmy okrężną drogą, bo zauważyłam że mam na swojej Google Maps zaznaczony pewien ogród. A właściwe Ogrody Kapias, znajdujące się w okolicach Pszczyny ogrody pokazowe, należące do rodzinnej firmy państwa Elżbiety i Bronisława Kapias. Jest to miejsce cudowne! Choć w taki letni, słoneczny i wakacyjny dzień, w dodatku niedzielę, było tam niezwykle tłoczno (wstęp do tych wspaniałych ogrodów tematycznych jest darmowy) przyjemnie było spacerować wśród zieleni, najrozmaitszych gatunków kwiatów w ich pełnym rozkwicie, pośród tysięcy zapachów, brzęczenia owadów, podziwiając piękne i inspirujące kompozycje. Jakimś cudem udało mi się powstrzymać przed zakupami w ich centrum ogrodniczym i szkółce. Chętnie przyjadę tam jesienią na kolejny miły spacer. Tak samo jak do Bielska.











































































































































Bielsko i przyjaciele

Nie wiem jak to się stało, że choć do Bielsko-Bialej mamy tylko dwie godzinki drogi samochodem, nigdy tam nie byliśmy. Słyszeliśmy że to fa...