Wróciliśmy do San Jose, do zwyczajnego hotelu Holiday INN Express San Jose Forum i na początku rzeczywiście grzecznie czekaliśmy na samolot. Nic fajniejszego nie udało się nam zarezerwować i już zatęskniłam za naszym pokojem w La Fortuna, choć pierwsze godziny i dni jakie spędziliśmy w Arte Natura Boutique Hotel były przecież koszmarne. Szczęśliwie ludzkość wymyśliła Kindle, dzięki któremu nawet w najgorszych okolicznościach można nie marnować czasu. Wychodziliśmy na zewnątrz tylko by coś zjeść, do wenezuelskiej restauracji z sympatyczną właścicielką i miłą obsługą El Ávila Bar & Grill, po drugiej stronie ulicy. Jedynym sensownym miejscem, gdzie można było w tej dzielnicy pójść na kawę był Starbucks, ale tak jak nie mam zamiaru przepłacać za piwo w Czechach, tak nie będę przepłacać za kawę w Kostaryce. Poza tym nie mieliśmy pewności czy dostaniemy tam aby na pewno kawę z Kostaryki a nie dajmy na to z Gwatemali. W okolicy nie było nic godnego uwagi, więc po krótkim spacerze wracaliśmy do nudnego i bezosobowego pokoju. Czasem przed oknem przeleciał kolorowy motyl, przypominając że wciąż jesteśmy w tym pięknym kraju, ale cóż. Potrzebowaliśmy takiego odpoczynku, chociaż go nie chcieliśmy. Po dwóch dniach Tata stwierdził, że czuje się już zupełnie doskonale, ale jeszcze jeden dzień nad hotelowym basenem i na sto procent znów się rozchoruje. Zdecydowanie musi gdzieś się ruszyć. Rzeczywiście wyglądało na to, że jest w dobrej formie, zatem mimo początkowych obaw zgodziłam się na wycieczkę (kogo jak kogo ale mnie nie trzeba dwa razy namawiać), nad wulkan Poás, który mieliśmy na naszej wyjazdowej liście (zamiast Arenal).
Najpierw jednak parę słów o kilkugodzinnej drodze z La Fortuna do stolicy, która minęła bezproblemowo i dostarczyła nam wielu kolejnych wrażeń estetycznych oraz zaskoczenia tym jak bardzo krajobraz mijany za szybą naszego dzielnego Renato się zmieniał, jaka Kostaryka jest różnorodna, nie tylko jeśli chodzi o bogactwo świata roślin i zwierząt, lecz także ukształtowanie terenu i zapierające dech w piersiach pejzaże. Za oknem pojawiały się raz gęste lasy, innym razem wysuszone, kamieniste krajobrazy, niemal takie jakie znamy z południa Europy. Mijaliśmy ogromne, perfekcyjnie urządzone rancza jak i małe, biedne zaniedbane chatynki. Widzieliśmy plantacje kawy, trzciny cukrowej i innych roślin, których nie rozpoznałam. Na Karaibach rosły głównie banany, tu jest mnóstwo pokrytych pomarańczowymi kwiatami drzew poró (Erythrina poeppigiana), więc momentami wyglada to trochę tak jakby lato się skończyło i zaczęła jesień. Czytałam, że drzewa te, zwane również koralowymi sadzi się wzdłuż upraw jako naturalną osłonę lub drzewo-cień, to by wyjaśniało dlaczego jest ich tu tyle. “los campos se visten de poró” – „pola ubierają się w poró” mawiają ponoć Ticos. Spektakularny widok. Zatrzymaliśmy się mniej więcej w połowie drogi, by zrobić przerwę na odpoczynek i napić się kawy i kakao. Nieduża kawiarenka Cafeteria El Cocora wraz ze sklepikiem z pamiątkami stanowiła część jakiejś większej inicjatywy, zbyt krótko tam przebywaliśmy, by dowiedzieć się czegoś więcej o tym miejscu. Czy związane było z jakimś wolontariatem czy z grupą artystyczną, tego nie wiem. Kawałek dalej znajdował się wydzielony fragment tropikalnego lasu, który można było za opłatą zwiedzić i podglądać motyle, lub inne stworzenia. Możliwe, że znajdowała się tam też jakaś baza noclegowa. To co jest tam na pewno to amatorski punkt obserwacyjny ptaków, zmontowany dla gości kawiarni. Na konstrukcji z patyków przymocowywano kawałki bananów do których przylatywały co chwila kolorowe skrzydlate łakomczuszki, dzięki czemu spragnieni egzotyki turyści (czyli i my) mogli je z łatwością (mimo czynionego hałasu) uwieczniać na fotografiach, popijając przy tym ciepłe lub zimne napoje z prażonych ziaren stanowiących bogactwo tego kraju. Chłopak, który nas obsługiwał, z pochodzenia Hiszpan, pokazał mi ciekawą rzecz związaną z kostarykańskimi colones. Zapomniałam napisać, że Kostaryka ma najładniejsze pieniądze na świecie, ładniejsze niż dolary singapurskie. Na każdym jest przedstawiciel lokalnej fauny. Oczywiście moje ulubione to zielone 10 000 z wizerunkiem leniwca. Okazało się, że jeśli zwinie się banknot tak by połączyć jego krawędzie pojawi się również ilustracja rośliny, na każdym nominale inny przedstawiciel kostarykańskiej flory!
Ostatecznie wulkanu też nie zobaczyliśmy, choć wycieczka udała się wspaniale. Warto było wybrać się dla samego Parque Nacional Volcán Poás, w którym wygląda tak jakbyśmy się cofnęli do jakiejś odległej ery geologicznej, a to za sprawą specyficznej formacji roślinnej, związanej nie tylko z wybujałymi okazami paprotników lecz z całą kolorystyką i fakturą roślin, spowitych dodatkowo wilgotnymi oparami oraz charakterystycznym i wszechobecnym zapachem siarki. Już pod koniec trasy widoczność zmniejszyła się do kilku metrów, więc mogliśmy przypuszczać że, niewiele będzie do oglądania jeśli chodzi o sam krater. W centrum turystycznym wszystko jest doskonale zorganizowane, co nas już tu nie zaskakuje. Bilety kupujemy przez internet na konkretną godzinę, na wejściu otrzymujemy porządnie odkażone już (i nie spływające obrzydliwe preparatem alkoholowym i nie wiadomo czym jeszcze jak nad wodospadem Kamieńczyka) kaski i udajemy się do sali kinowej na 10-minutowy bodajże film edukacyjny o samym wulkanie i zasadach BHP podczas zwiedzania. Na widok, a raczej brak widoku z powodu tej mgły od razu sobie pomyślałam z niepokojem, że najwyraźniej nadal nas prześladuje peszek który nie wiadomo kiedy i gdzie przyplątał się w związku z tą wyprawą. Mylące było bowiem to, że na wszystkich zdjęciach w internecie, czy to na stronach w rozmaitych portalach, blogach czy zdjęciach turystów “byłem, widziałem” w aplikacji Google Maps, WSZĘDZIE widać skały i piękny turkusowy krater. No wow! Tylko, ze my nie widzieliśmy kompletnie nic, stojąc nad krawędzią otoczoną barierkami ochronnymi, w dodatku mgła okazała się być chmurą siąpiącą deszczem i zrobiło się całkiem zimno. Wierzę, ze wulkan istnieje, bo intensywny smród jego chemicznych wydzielin nie pozostawiał żadnych ku temu wątpliwości. Zaczęło wiać, ale rozwiało tylko marne nadzieje że widoczność się pojawi, gdyż napływały tylko kolejne obłoki gęstych parujących chmur. Odstaliśmy dozwolone (ze względów zdrowotnych) 20 minut i wróciliśmy, odrobinkę tylko rozczarowani, bo jak napisałam wyżej sam park jest piękny i bycie tam to dowód na to, że o żadnym pechu nie ma mowy i wspaniale że tu przyjechaliśmy. Spacerując w stronę wyjścia wdaliśmy się w rozmowę z pewną Kostarykanką, która pocieszyła nas, że w ciągu swojego życia była tu kilkanaście razy i tylko dwukrotnie udało jej się zobaczyć krater w pełnej krasie i okazałości. Taki urok Kostaryki. I z pechem nie ma to nic wspólnego. Gdy wróciliśmy do samochodu przejaśniło się nieco, wyszło słońce. Wraz z nim rozbłysnął wszystkim w głowie niemal jednocześnie ten sam pomysł, by powtórzyć spacer nad krater, bo może coś zobaczymy. Strażniczki z parkingu pokazały nam jednak na obrazach z kamer, które miały w telefonie, że nasze nadzieje są złudne. Wsiedliśmy do auta, z postanowieniem, że może uda się następnym razem, bo już mamy pewność, że będzie, i to nie jeden, następny raz. Ponownie zerknęliśmy w kamerki, już w swoich telefonach, kiedy jakąś godzinę poźniej czekaliśmy na zamówiony obiad. Rozwiało się całkowicie, ale o 15:00 park i tak już był zamknięty dla zwiedzających (ostatnie wejście jest o 14:00).
Wspinając się dzielnym Renato pod górę, kiedy to niepotrzebnie spieszyliśmy się na konkretną godzinę, zarezerwowaną przy wyborze biletów kupowanych on-line, bo są one tylko orientacyjne, zauważyliśmy na poboczu liczne stragany z… tak! z truskawkami. Mimo, że truskawki kojarzą nam się wyłącznie z polską działką i ewentualnie saksami w Norwegii a nie lasem tropikalnym i nie spodziewaliśmy się rokoszy dla podniebienia, ciekawość skłoniła nas do zakupu jednej porcji. Zjedliśmy je razem z kostarykańską czekoladą wieczorem na deser. Niespodzianki nie było. Za to czekolada, zwykła tabliczka z logo marketu, była doskonała, co również odpowiadało temu czego się spodziewaliśmy.
Na obiad (już pożegnalny) wybrałam przydrożną Restaurante Chubascos i to był doskonały pomysł. Klimatem przypominała amerykańskie ranczo bardziej niż kostarykańską sodę, ale było tam uroczo, przytulnie, a jedzenie lokalne i pyszne. Zamówiłam miedzy innymi tradycyjną zupę z czarnej fasoli, która była po prostu wspaniała! Zaskoczyła mnie jej konsystencja, spodziewałam się bowiem zupy-krem, ta natomiast przypominała nasz barszcz - klarowna z nielicznymi drobnymi kawałkami warzyw i przypraw. Również empanadas z różnymi farszami były pyszne. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie sprawdzili też lokalnych słodkości (cajeta de coco), ale te szalu nie robiły, w smaku sam cukier (z nutą kokosu). Za to kawa! (wiadomo).
Nie wybraliśmy się do centrum San Jose ze względów logistycznych: UBERów, niezbyt tu legalnych trochę się baliśmy, autem tez nie bardzo chcieliśmy bo Ticos ogólnie do najuważniejszych kierowców nie należą, dotarcie komunikacją miejską zaś było długie i skomplikowane. Gra nie warta świeczki. Innym razem. W hotelu można było wykupić 4,5 godzinną wycieczkę ViP City Bus, z kolacją, ale aż tak nisko nie upadliśmy. Nie mam na myśli że to coś złego, tylko lubimy sami sobie organizować aktywności i chadzać własnymi ścieżkami więc byłoby to coś wbrew naszej naturze. Zresztą pewno cena była upiornie wysoka.
Naszą przedostatnią aktywnością były zakupy, których także nie planowałam, za wyjątkiem “Hobbita”, rzecz jasna, którego (kto czyta bloga lub mnie zna ten wie) zbieram. Jednak po pierwsze podróżujemy z dziećmi a one dawniej chciały w obcych krajach zwiedzać głównie place zabaw, obecnie sportowe sklepy obuwnicze. Po drugie już mi było obojętne co robimy, byle nie działo się nic złego i grożącego utratą życia, zdrowia lub kalectwem. Najbardziej obawiałam się trzęsienia ziemi, bo tylko tego by jeszcze brakowało, ale Los był łaskawy i nic już się nie wydarzyło, nawet po tym jak każde z nas znalazło na swoim ciele po kilka owadzich ugryzień - repelentu nie użyliśmy ani razu. Oczywiście “Hobbita” nie było, jak zwykle tylko jedna z części “Władcy Pierścieni” (może powinnam je kolekcjonować zamiast..). Nie udało mi się też, niestety, kupić słynnych kostarykańskich perfum z kwiatem kawy Mountain Blossom Fleurs de Café. Miałam nadzieję, że znajdę je na lotnisku ale tam są tylko standardowe sklepy wolnocłowe z klasycznymi zapachami.
Na koniec, zanim punktualnie o 9:00 rano oddaliśmy Thomasowi samochód, zajechaliśmy do pobliskiego parku Parque del agricultor, zobaczyć jedną z najdziwniejszych, najbardziej tajemniczych rzeczy związanych z Kostaryką, mianowicie kamienną kulę. Zauważyłam ją przypadkiem jak jechaliśmy do wypożyczalni pierwszego dnia i rozpoznałam od razu, bo trafiłam na informacje o nich przed wyjazdem. Postanowiłam, że jeśli nie uda się zobaczyć ich podczas zaplanowanych wycieczek, obejrzymy przynajmniej tę, i tak też zrobiliśmy. Nie wiadomo na pewno, czym tak naprawdę są Las Bolas i czy są wytworem natury czy człowieka. Lub obcej cywilizacji jak głoszą jeszcze inne mniej lub bardziej szalone teorie. Często są eksponowane w parkach i tak właśnie trafiła się okazja dla nas. Na przyszłość mam w planach odwiedzić muzeum, a w zasadzie stanowisko archeologiczne Sito Museo Finca 6 (lub Sitio arqueológico Finca 6) i tam dowiedzieć się czegoś więcej o tym fenomenie. Mam nadzieję, ze uda nam się wtedy przenocować i w intrygującym Mirador Prendas i Villas Paramo Cloud Forest Hotel z obłędnym widokiem, obejrzeć malowane wozy w Sarchí i pospacerować w Monteverde Cloud Forest Biological Reserve.
Jeszcze tydzień wcześniej, zdołowana i przerażona, myślałam o tym żeby już był dzień naszego wyjazdu. Wreszcie nadszedł, a że sytuacja jest już zupełnie normalna i zwyczajnie wakacyjna (tudzież feriowa) jest nam wszystkim szkoda że musimy wracać do domu. Jak mawiają: “życie to szelma”, ale najważniejsze że wszystko dobrze się kończy.
Tym razem kończy dobą hotelową wydłużoną dzięki uprzejmości personelu do godziny 14:00. Na niedużym lotnisku nie ma atrakcji, szalonych zjeżdżalni, pięknych ogrodów, imponujących instalacji, jak podczas zeszłorocznych ferii zimowych. Przez godzinę koczujemy na bagażach leżących bezpośrednio na podłodze zanim otworzą nasze stanowisko odpraw. Po drugiej stronie jest już przyjemniej. Jestem jednak kompletnie wykończona. Na stoisku Britt (producent kawy, coś jak u nas Tchibo) kupujemy kanapki i czekoladę zamiast kawy do picia. Chłopcy biorą jedzenie z sąsiedniego z fast foodem. Po posiłku włóczę się po lotnisku trochę bez celu a trochę w poszukiwaniu jakiejś oryginalnej pamiątki. W końcu wpada mi w oko najdziwniejsza biżuteria jaka w życiu widziałam, zrobiona z owoców! Joyeria Frutal. To produkt kostarykański, naturalny i rękodzieło. Bez wahania kupuje sobie bransoletkę z kawałkiem banana. No dobra, z wahaniem i to dość długim kiedy przyszło zdecydować się na kolor. Zielony! (Kto by się spodziewał..?)
Chciałabym też pozbyć się ostatnich colones w gotówce. Po odłożeniu “na pamiątkę”banknotu z leniwcem zostało mi równe 6200 (bransoletka była droższa, płaciłam kartą). Długo grzebię na stoisku książkowo-papierniczym. Ceny są w dolarach amerykańskich, więc jak już coś znajdę to okazuje się że zgodnie z ich przelicznikiem z kosmosu cena ciut przewyższa to co zostało mi w portfelu. Wreszcie się udaje, obrazek malowanego młodego leniwca dwupalczastego kosztuje 10,99 $, co kasjerka wylicza mi na dokładnie tyle ile mam, co do centyma.
W tę stronę mamy chwała bogom tylko jedną przesiadkę, w Amsterdamie. Lądujemy w Krakowie trudno powiedzieć czy o 7:00 rano czy po południu o 14:00, w każdym razie nasze organizmy nie wiedzą, jesteśmy totalnie rozregulowani. Po tej stronie naszej planety jest już poniedziałek po feriach, Chłopcy zaliczają małe wagary. Ale wróciliśmy. Cali i zdrowi, bezpieczni, jesteśmy w domu.
P.S.
- Dlaczego Ticos (Tico - mężczyzna, Tica - kobieta)? Ponieważ lubią zdrabniać wyrazy poprzez stosowanie końcówek -tico, -tica: cafecito (kaweczka), animalito (zwierzątko), perrito (pieseczek) itp.
- Pura vida, w dosłownym tłumaczeniu to czyste życie, ale oznaczać radość i optymizm wbrew przeciwnościom, nie przejmowanie się drobiazgami. Jest używane min. jako powitanie, pożegnanie, wyraz uznania czy życiowa mantra.










































































































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz