czwartek, 12 marca 2026

Mazury po raz trzeci

Musiały minąć trzy lata zanim udało nam się znów wspólnie wybrać na żagle, po raz trzeci. Tym razem Tata mial spędzić prawie całe wakacje w domu. Wiedzieliśmy o tym wcześniej, ale nie zarezerwowaliśmy łódki zawczasu. Z naszych obserwacji podczas ostatniego pobytu wynikało, że zainteresowanie żaglówkami jest jakbym mniejsze, choć jeziora wciąż są okropnie zatłoczone. Zwiekszyła się za to ilość łodzi motorowych. Dlatego postanowiliśmy, że jeśli uda nam się pojechać na łódkę, wynajmiemy ja w Wilkasach, by ominąć trasę Ruciane - Nida - Mikołajki, które to przyciągają najwiecej turystów i ruch na długim i wąskim Jeziorze Bełtany jest wzmożony. Nawet jeśli załogi irytująco warczących pojazdów zapuszczą się na położone bardziej na północ jeziora, można tam znaleść spokój w objętych zakazem używania silnika miejscach objętych ochroną przyrody, jak choćby Jezioro Dobskie ze słynną Wyspą Kormoranów. Łódkę wypożyczyliśmy dosłownie “z biegu”. Nie było z tym problemów.
Wybraliśmy się w trójkę. Mateo tego lata rozpoczynał pierwsze samodzielne wypady, na przykład kilkudniowy wyjazd samolotem do Berlina, wiec nie interesował go nasz rejs. Elio, mimo że z przyjemnością  przez ostatnie dwa sezony uczył się żeglarstwa na Optymiście w Krakowskim Klubie Horn na Bagrach, też niespecjalnie mial ochotę spędzić z rodzicami cały tydzień na kilku metrach kwadratowych, w otoczeniu wyłącznie wody i zieleni, ale on wyboru nie miał. 
Nie mieliśmy, to znaczy ja nie wymyśliłam na ten wyjazd żadnego planu. Albo inaczej: plan polegał na jego braku, czyli spontanicznym przemieszczaniu się przed siebie. Tydzień to bardzo krótko. Pod koniec czuliśmy niedosyt i żal. Gdyby nie to, że dwa dni po powrocie jechaliśmy na zarezerwowany pół roku wcześniej kemping na chorwackiej wyspie Krk, byłoby nam jeszcze bardziej szkoda. Albo zostalibyśmy dłużej. Zamierzaliśmy jak najwiecej nocy spędzić na dziko. Na zmianę więc to zawijaliśmy do portu by opróżnić kibelek i zrobić zapasy jedzenia, to zaszywaliśmy się w zacisznych pachnących lasem, latem i wolnością  (a czasem ludzką kupa, bo wciąż wielu ludzi, którzy przenośnej toalety na łódce nie posiadają, nie korzysta z saperki) urokliwych bindugach. Bywało cudownie. A wyszło tak, że kręciliśmy się głównie po Jeziorze Kisajno i dwa razy byliśmy w Sztynorcie. Marząc o powrocie na Mazury byliśmy przekonani, że zajrzymy znów do półdzikiego portu na Jeziorze Dobskim, do Zatoki Rajcochy, ale jak przyszło co do czego stwierdziliśmy, że nie. Opłynęliśmy tylko jezioro, było zimno i pochmurno. Chyba chcieliśmy żeby wspomnienia zostały takie jak były a nowych poszukać gdzie indziej. Ale o tym że nie popłyniemy do Sztynortu w ogóle nie mogło być mowy! Śledzie i nalewka w Zęzie oraz zakup nowej drewnianej deski do krojenia na portowym straganie z rękodziełem to już zawsze będzie nasza rodzinna mazurska tradycja.
Lubię odkrywać nowe miejsca, ale powroty też są super. Wyruszyliśmy na samym początku sierpnia. Na termometrze przyjemne 22 stopnie, w aplikacji ze zdjęciami wyskoczyło mi tego dnia zdjęcie jeziora Śniardwy, które zrobiłam podczas naszego (i mojego w ogóle) pierwszego pobytu na Wielkich Jeziorach. Co rusz za oknem pojawia się sielski widok na rozległe pola i łąki. Zapomniałam zabrać mojej cieplej bluzy, miałam ja przed wyjściem zawiązać na biodrach, została w przedpokoju. Tata narzekał, ze moja torba jest za ciężka, no to mamy o jedną rzecz mniej. Trudno było się spakować, bo prognoza na ten tydzień pokazuje cały zakres temperatur i możliwości jeśli chodzi o zachmurzenie, wiatr i opady. W dodatku łódka, choć większą niż dwie poprzednie które wynajmowaliśmy, jest zdecydowanie mniej funkcjonalna. Półek jest mało, szafek prawie wcale. Ciężko poupychać ubrania i inne rzeczy, nie wiem jak tu się niby mieści 8 dorosłych osób, jeszcze z zapasem jedzenia i hurtową ilością wszelkich trunków i napitków. Nas jest tylko troje, w tym dziesięciolatek i będziemy tu zaledwie tydzień, damy radę. Nikt nie chce spać w norze na rufie, więc od razu urządzamy tam magazyn: wrzucamy wszystkie 8 kamizelek ratunkowych będących na wyposażeniu oraz nasze kamizelki i sztormiaki. Zanim  po kilku postojach na kanapkę i siku dotarliśmy do malowniczych mazurskich zielonych pagórków (pośród których droga wiła się zakrętami, a za każdym z nich w gnieździe siedziało po kilka bocianów), zaparkowaliśmy na terenie portu w Wilkasach i odebraliśmy łódkę, dokonując wszystkie nudnych formalności, było już dawno po 19:00. Nawet nie sprawdzaliśmy czy pani Eulalia z Agromargot czeka na nas z obiadem, było oczywiste ze jej kuchnia jest już dawno zamknięta. Zawitamy tam za tydzień.  Dojadamy kanapki z podróży, dopijamy herbatę i idziemy do tawerny, gdzie odbywa się jakiś rockowy koncert. Właściwie koncerty odbywają się we wszystkich pobliskich tawernach, a kawałek od kei przepływa właśnie statek wycieczkowy, na którym trwa dyskoteka, zabawa na całe jezioro… Okropna kakofonia sprawia że zwykły ból głowy, spowodowany zapewne lekkim odwodnieniem i podróżniczym zmęczeniem, który pojawił się po przyjeździe, zamienia się w mdłości zwiastujące początki migreny. Rezygnujemy z głośnej i zatłoczonej knajpy: i tak nie ma szant, i tak nie ma miejsca. Postanawiamy w zamian chwilę pospacerować. Mijając pobliską Biedronkę, uświadamiamy sobie, że powinnismy dokupić wodę, co kończy się małymi zakupami. Dyskont przeżywa prawdziwe oblężenie. Szczerze współczuję obsłudze. Ludzie przypuścili szturm wyjeżdżając z wózkami pełnymi piwa, chipsów i niezdrowego gotowego jedzenia, robiąc przy tym straszny syf. Prawdziwy najazd barbarzyńców. My uderzamy jeszcze na mały portowy sklepik, bo jutro niedziela, a trzeba kupić zapas mrowiska na rejs! Mam ochotę też czegoś się napić, ale butelka mazurskiego piwa kosztuje ponad 13 złotych. No bez przesady! Nie wiem na które z dostępnych tu popularnych marek się zdecydować, a za pięć minut 22:00 i zamykają, ekspedientka jest wyraźnie wykończona. Bierzemy wiec szybko mrowisko (nieduży kopczyk za 50 złotych, trzy lata temu kosztowało połowę tego), a Elio szybko wybiera smak karmelków: jabłkowe. Wracamy na łódkę, zaparzamy rooibosa i cieszymy się chwilą: jesteśmy tu! Trochę tylko szkoda, ze Mateo z nami nie przyjechał. Oraz gryzą komary.
Mimo, że do pryszniców daleko (cena za 5 minut ciepłej wody: 15 PLN) i ludzi mnóstwo, w porcie jest jakoś przyjemniej niż w zawsze z niewiadomego powodu ponurej mariny w Ruciane-Nida. Jesteśmy podekscytowani i gotowi na przygody. Żartuję, na odrobinkę żeglowania i dużo kontaktu z naturą jesteśmy gotowi. Wyciszam komórkę, zasięgu i tak zbyt wiele nie będzie. Wyruszamy, jak zwykle, po śniadaniu (późnym, jak to my).
























niedziela, 8 marca 2026

Bielsko i przyjaciele

Nie wiem jak to się stało, że choć do Bielsko-Bialej mamy tylko dwie godzinki drogi samochodem, nigdy tam nie byliśmy. Słyszeliśmy że to fajne miasto, podobno Filip Springer stwierdził nawet że “najfajniejsze w Polsce”. Obiecałam sobie wielokrotnie, że to sprawdzę. Okazja trafiła się tego lata. Wspominałam już, że Mateo pomału odłącza się od naszej ekipy, by chodzić już własnymi ścieżkami. Jednocześnie dopóki nie osiągnie pełnoletności wolimy nie oddalać się zbytnio od domu, w którym zostaje sam, choć wiem że doskonale sobie radzi. Dlatego w te wakacje zaplanowaliśmy małe wyjazdy w rozsądnych odległościach, by w razie czego wciąż mógł na nas liczyć. Namówiliśmy go tylko na tradycyjny wyjazd kempingowy do Chorwacji, o tym w kolejnych postach. Nie próbowaliśmy przekonać go do innych dłuższych podróży, bo decyzji o zwiedzaniu naszej ojczyzny sprzyjały też inne okoliczności. Otóż wzięłam udział w dwóch spotkaniach klasowych po ponad 20 latach. O jednym, związanym z obchodami 80-tej rocznicy mojego liceum wspominam w poście o targach kempingowych w Utrechcie (pojawi się wkrótce). Drugi, odbył się w Českým Těšině, gdzie spotkałam się na zorganizowanym dość spontanicznie “zjeździe” osób z którymi studiowałam slawistykę w Krakowie. Było řezané piwo, nakládané hermelíny, miłe pogawędki i ogólnie bardzo super! Ale chcę opowiedzieć o tym co zrobiliśmy przy okazji. Początkowy plan zakładał, że tydzień przed spotkaniem spędzimy na cieszyńskim Kempingu Pod Czarnym Bocianem. Jak się potem okazało nasi znajomi nocowali tam kiedyś i byli zadowoleni z pobytu, tym bardziej szkoda że nam się nie udało. Plany pokrzyżowała pogoda. Nie zwykły deszcz, którym zbytnio byśmy się nie przejęli, stwierdzając: ot kapryśne lato. Może pamiętacie te zeszłoroczne lipcowe ulewy? Bielsku groziło zalanie, a położony pomiędzy dwoma ciekami wodnymi kemping, nie wydawał się miejscem bezpiecznym. Codziennie obserwowaliśmy prognozy pogody ale nie zapowiadano żadnych zmian w kwestii opadów. Już miałam pojechać sama, niechętnie przyznaję, bo choć sobota ze znajomymi ze studiów zapowiadała się ekscytująco, nie lubię jak plany wyjazdowe bezpowrotnie się psują. Pomysł polegał bowiem na tym, że ów kemping miał stanowić bazę wypadową do zwiedzania obu Cieszynów, Ostrawy (lubimy tamtejsze ZOO i mamy też pare zaległości w Vítkovicach) i właśnie Bielska. Postanowiliśmy więc uratować to tak, że zarezerwujemy nocleg w Bielsku i skupimy się na zapoznaniu z tym interesującym miastem, z przerwą na towarzyskie wypady do  Cieszyna.
Mieszkanie, które wynajęliśmy bardzo rozczarowało nas pod względem widoku z okna. “Apartamenty Szyndzielnia" reklamują się jako “Widokowe Apartamenty” z “cudownym widokiem” i “panoramą gór”. Rozczarowanie wynikało z tego, że cały ten widok był naszym głównym kryterium przy wyborze miejsca, a po przyjeździe okazało się że widać jedynie sąsiedni blok i parking. Mimo, że zamierzaliśmy się włóczyć po centrum liczyłam na miłe wieczory i śniadania na balkonie z pięknym zielonym tłem. Jakoś to przełknęliśmy. Cała reszta: sypialnia i pokój z aneksem kuchennym były neutralne, nie mieliśmy innych zastrzeżeń.
Pierwsze spacerowe kroki skierowaliśmy do OKO - Centrum Bajki i Animacji. Dzień, mimo że to połowa lipca, był szary i pochmurny, w dodatku chłodny. Zatem znaleźliśmy się w miejscu  na taką porę idealnym, pełnym radości i kolorów. Oraz sentymentów. Przyznam szczerze, że nie przepadałam za Dobranockami, zwanymi też Wieczorynką z lat 80-tych, gdy byłam dzieckiem. Dziesięciominutowe odcinki animacji rysunkowej czy kukiełkowej rodzimych produkcji emitowane codziennie (i tylko ten jeden raz!) wieczorem w dni powszednie na jednym z dwóch istniejących wtedy kanałach telewizyjnych wydawały mi się nieco ponure i smutne. Zwłaszcza w porównaniu do wspaniałego Disneya, którego pięknymi, idealną barwą i kreską malowanymi bajkami obdarzano nas przez prawie pół godziny w wieczory niedzielne (potem były Smerfy). Nawet kukiełkowe Muminki mnie przygnębiały (japońska adaptacja bardziej w disnejowskim stylu pojawiła się dużo później). Doceniłam je dopiero po latach, kiedy zaczęłam oglądać animowane produkcje najróżniejszego rodzaju z moimi dziećmi i dziś jestem wielką fanką wszelkich filmów animowanych. Produkcje z Bielska lubiłam jednak nawet jako dziecko. Chyba mają w sobie więcej beztroski i naturalnej dziecięcej radości. Intro z Reksia potrafię odtworzyć w głowie w ciągu sekundy i wcale mnie ten dźwięk nie irytuje. Bolek i Lolek to jedna z pierwszych bajek jakie puszczałam swoim chłopakom. Baltazara gąbkę pokochałam dzięki książkom, ale pedrowe “karrrrambbba” rozlegające się ze starego, wielkiego odbiornika telewizyjnego było przyjemnym bonusem. OKO to nowoczesna, interaktywna kopalnia wiedzy na temat bielskiego studia filmowego, historii tutejszych bajek i procesu tworzenia animacji. Odnajdzie się tu każdy niezależnie od wieku. Wspaniała obsługa, chętna do rozmowy podchodzi, prezentuje, objaśnia. Na Google Maps, jak w wielu nieoczywistych miejscach, w których nam się podobało, opinie są skrajnie podzielone. O ile rozumiem, że ktoś mógł odczuwać większą nostalgię w poprzednim muzeum (którego jednak nie znam, więc nie jestem w stanie ocenić) to argument, że w nowym centrum nie ma co robić i zwiedzanie ogranicza się do gapienia na interaktywne tablice, jest już uważam mocno niesprawiedliwe. Po obejrzeniu wystawy (dwa piętra), na którą warto poświęcić conajmniej dwie godziny, udaliśmy się do znajdującej się na parterze sali kinowej, obejrzeć tutejsze bajki a potem na małe co nieco do kawiarni i wreszcie po gadżety z ulubionymi bohaterami do sklepiku z pamiątkami. Jedyną postacią, w co aż trudno uwierzyć, której nie kojarzyłam jest podróżnik i łowca zwierząt Pampalini, ale chętnie obejrzałabym produkcje dla dorosłych widzów, o których istnieniu też nie miałam wcześniej pojęcia.
Mimo niesprzyjającej aury, po wyjściu z bielskiego centrum filmowego udaliśmy się na spacer po mieście, szlakiem Bajkowe Bielsko-Biała. Nie potrzebowaliśmy żadnego pretekstu, kolejnej gry terenowej by zmotywować się do włóczęgi  po mieście gdyż samo w sobie rzeczywiście jest bardzo interesujące. Lubię taki chaos architektoniczny, posobne wrażenia miałam w Moskwie albo Buenos Aires, ale Bielsko jest oczywiście jedyne w swoim rodzaju. Myślę że będę je odwiedzać często. Podobno sporo się tu dzieje od strony artystycznej, więc już się cieszę na te wyprawy.
Tymczasem odnajdywaliśmy po kolei pomniki wszystkich bielskich animowanych bohaterów, fotografowaliśmy ich i siebie razem z nimi, odkrywając przy okazji inne ciekawe miejsca jak  na przykład “Kamienica pod Żabami”.
Na koniec dnia odkryliśmy, trafiając tu zupełnym przypadkiem, Bistro Piekarnik. Ciekawie urządzone, przytulne wnętrze, z fajnym klimatem, w miejscu gdzie dawniej znajdowała się kuźnia. Zamówiliśmy burgery i pieczone ziemniaki, wszystko smakowało wyśmienicie!
Kolejny dzień spędziliśmy w Cieszynie. W oczekiwaniu na spotkanie ze znajomymi, jeszcze nie to jubileuszowe, postanowiliśmy się przespacerować, a że zaparkowaliśmy w pobliżu, zwiedzanie polskiej części miasta zaczęliśmy od Góry Zamkowej, gdzie pośród przyjemnej zieleni starych drzew znajdują się pozostałości zamku Piastów cieszyńskich a także ładny widok z kamiennego tarasu na miasteczko. Osobiście, nie licząc przesiadki podczas powrotu z Pragi, odwiedziłam Cieszyn dwukrotnie, w czasach studenckich. Większość czasu przesiedziałam w kinie, gdyż z trwał festiwal Kino na granicy (Kino na hranici), a pozostałą - wieczorną przy piwie po czeskiej stronie. Nic więc dziwnego, że niewiele pamiętałam. Być może nadal uważałabym że to nudne przygraniczne miasteczko, gdyby nie "Řezaný świat" Adama Miklasza - “Osobisty przewodnik po Śląsku cieszyńskim". Po tej lekturze, pełnej historycznych, geograficznych i innych, gawędziarskich ciekawostek nie tylko spojrzałam na Cieszyn innym okiem, ale zapragnęłam natychmiast wsiąść w pociąg lub autobus i ruszyć w podróż po jego okolicy. Bardzo polecam!
Późne popołudnie i wieczór spędziliśmy w miłym towarzystwie najpierw na kawie i ciachu w przeuroczej kawiarni Kornel i Przyjaciele, w moim ulubionym stylu (czyli książki i jeszcze raz książki plus klimat vintage, jak z krakowskiego Kazimierza). Potem wróciliśmy pod Górę Zamkowa do Klubokawiarnia Presso już na coś odpowiedniego na bardziej wieczorową porę.
Właściwe spotkanie byłych krakowskich studentów slawistyki odbyło się następnego dnia, przy piwie i hermelínach już po drugiej stronie Mostu Wolności. Tata z Elio wrócili na noc do Bielska, odwiedzając przedtem mural „Kocia Szajka”, z bohaterami książki którą mój młodszy Syn wypatrzył sobie u Kornela i Przyjaciół, nabył na pamiątkę, od razu przeczytał i polubił.
Na kemping Pod Czarnym Bocianem zajrzeliśmy w między czasie na szybki obiad i myślę że przy innej okazji rozważymy przyjazd tu z przyczepką raz jeszcze, może pogoda dopisze. 
Do Krakowa wróciliśmy okrężną drogą, bo zauważyłam że mam na swojej Google Maps zaznaczony pewien ogród. A właściwe Ogrody Kapias, znajdujące się w okolicach Pszczyny ogrody pokazowe, należące do rodzinnej firmy państwa Elżbiety i Bronisława Kapias. Jest to miejsce cudowne! Choć w taki letni, słoneczny i wakacyjny dzień, w dodatku niedzielę, było tam niezwykle tłoczno (wstęp do tych wspaniałych ogrodów tematycznych jest darmowy) przyjemnie było spacerować wśród zieleni, najrozmaitszych gatunków kwiatów w ich pełnym rozkwicie, pośród tysięcy zapachów, brzęczenia owadów, podziwiając piękne i inspirujące kompozycje. Jakimś cudem udało mi się powstrzymać przed zakupami w ich centrum ogrodniczym i szkółce. Chętnie przyjadę tam jesienią na kolejny miły spacer. Tak samo jak do Bielska.











































































































































Mazury po raz trzeci

Musiały minąć trzy lata zanim udało nam się znów wspólnie wybrać na żagle, po raz trzeci. Tym razem Tata mial spędzić prawie całe wakacje w ...