poniedziałek, 24 listopada 2025

Hundertwasser vs. Habsburgowie czyli jesienny weekend w Wiedniu

Długi listopadowy weekend był dla nas ostatnią w tym roku okazją na wspólną wyprawę, ze względu na powrót Taty na morze. Chętnie zabralibyśmy się z nim, bo dawno nie przeszkadzaliśmy mu w robocie ani w statkowym biurze ani podczas “popołudniowej herbatki na mostku”, ale tym razem jeszcze nie jest to możliwe. Zapowiadają się kolejne “planszówkowe” Święta w domu, z czego się cieszymy bo po pierwsze mamy już sporo ekscytujących planów wyjazdowych na przyszły rok (miedzy innymi majówkę na Patios de Córdoba i jesień w Utah przy okazji rowerowego Red Bull Rampage),  po drugie od lipca sporo się działo (wszystko po malutku i - niekoniecznie - po kolei postaram się opisać), więc przyda nam się trochę odpoczynku. A w domu zrobienia porządków. No i lubimy grać w gry planszówki. Zacznę od listopadowego weekendu. Wrażenia są jeszcze dość świeże, a atmosfera wciąż jesienna (choć tu w Małopolsce już nieco przyprószona śniegiem).
Wymyślenie destynacji na ten city break nie zajęło nam zbyt dużo czasu. Tata jak zwykle unikał lotów samolotem (bo nie lubi), w Budapeszcie byliśmy kilka lat temu (Berlinie i Dreźnie tez) do Bratysławy (sorki) nas nie ciągnie, do Ljubljany już ciut za daleko autem, a na Pragę wciąż (och, ta moja sentymentalno-melancholijna natura…) nie jestem gotowa. W stolicy Austrii kilka razy nocowaliśmy a jeszcze więcej razy przemykaliśmy obok tranzytem do Chorwacji lub Włoch. Nie pamietam czy już się tu przyznawałam, że nie przepadam z Austrią. Nie potrafię moich obiekcji i uprzedzeń racjonalnie wytłumaczyć, a jest to z kolei przedmiotem żartów z różnymi znajomymi, w których główną role odgrywa pomieszczenie zwane piwnicą. Trudno mi czuć sympatię do społeczeństwa, którego główną postacią związaną z grudniowymi prezentami jest nie Mikołaj, Ježišek, Gwiazdor czy nawet Dziadek Mróz (jak w kraju o kiepskim ostatnimi laty PR) lecz Krampus. Wrażenia po seansach Michaela Haneke tudzież lekturze Elfriede Jelinek pominę już milczeniem. Jednak od wieków wiadomo, ze Wiedeń to nie Austria. Mówiąc serio to stwierdzenie można odnieść do stolicy każdego kraju, w tym wypadku jest ono powiedzmy wytłumaczeniem dla wycieczki. Żarty żartami, stolica Austrii wydawała nam się ciekawa i postanowiliśmy kiedyś wpaść do niej na weekend i to był dobry moment. Najwyraźniej tak samo uznało wielu naszych rodaków, bo spotkaliśmy ich w owej stolicy mnóstwo, już pierwszego poranka w jadalni naszego hotelu. Tym razem zamiast do Pragi, wszyscy ruszyli na Wiedeń! Zastanawiałam się przez moment czy to dobrze, że jako przedstawiciele polskiego narodu spędzamy Dzień Niepodległości u jednego z dawnych uczestników rozbioru naszej Ojczyzny. Doszłam do wniosku, że jak najbardziej tak. Że to najprawdziwsza wolność i niepodległość móc wyjeżdżać i wracać do swojego kraju bez poczucia przymusu czy zagrożenia. Na zwiedzanie mieliśmy mniej czasu niż reszta, która wyjechała natychmiast po rozpoczęciu się weekendu, pakując się do samochodu wróciwszy prosto z pracy i/lub szkoły, jakbyśmy uczynili my, gdyby nie sprawy które zatrzymały nas w domu aż do niedzielnego popołudnia. Udało mi się jednak (bardzo się starałam nie przesadzić) zaplanować zwięzły i skuteczny plan wycieczki, obejmujący dodatkowo środę, bo małe wagary nikomu nie zaszkodzą. Budżet z góry był ograniczony, wiec nie szukaliśmy wyszukanego apartamentu ani pięknych z okna widoków, tylko prostego i niedrogiego hotelu w dobrej lokalizacji, najlepiej z równie niedrogim śniadaniem, od którego oczekujemy tylko wygodnego nocnego odpoczynku, po całodziennym włóczeniu się po mieście.
H2 Hotel Wien Schönbrunn spełniał te warunki. Wolałabym wprawdzie zwykłe podwójne łóżka zamiast piętrowych, ale te miały przynajmniej solidne barierki, wiec jak już wieczorem wykończona wrażeniami wdrapałam się na swoje pięterko, zasypiałam bez strachu, regenerując się przed kolejnym intensywnym dniem. Jego niewątpliwą zaletą jest lokalizacja: znajduje się tuż przy stacji metra Meidling Hauptstraße. Niemalże wchodzi się na peron prosto z hotelowego lobby. Do centrum jest zaledwie kilka przystanków z mała przesiadką. Jeśli podążymy, dla odmiany pieszo, w przeciwnym kierunku, po niecałych dziesięciu minutach staniemy pod bramą Schönbrunn, imponującej letniej rezydencji Habsburgów. Jak zawsze w takich przypadkach to co mamy pod nosem zostawiliśmy na koniec, czyli ostatni dzień.
Zwiedzanie rozpoczęliśmy jakże by inaczej od Ringu. To nie tylko najważniejszy bulwar dla Wiednia, ale i dla mnie, bo wiąże się z pewną literacką ciekawostką. Otóż podczas lektury książki Ewalda Arenza “Zapach czekolady”, którą bardzo polecam ze względu na klimat XIX wiecznego Wiednia (akcja rozgrywa się w 1881 r.) jak i czekoladowy aromat jaki niemalże unosi się z kart tej wciągającej powieści (nieprzemożna ochota na bombonierkę jest, uprzedzam, podczas czytania równie silna jak w przypadku książek Joanne Harris), odkryłam że jeden z architektów biorących udział w projekcie zabudowy wokół Ringstraße pochodził z mojego rodzinnego miasta, malutkiej mieściny położonej pośród lasów i jezior dawnego Pojezierza Pomorskiego, dziś w Wielkopolsce - Jastrowia. Carl Tietz (1831-1874), tak bowiem nazywał się ów niemiecki architekt, zaprojektował 36 luksusowych budynków wzdłuż tego bulwaru, w tym min. Grand Hotel na Kärntner Ring. Niestety historia jego życia nie miała szczęśliwego zakończenia: wypadek budowlany wpłynął na pogorszenie się jego zdrowia i problemy psychiczne i ten szczegół, zdaje się, był wspomniany w książce. Wysiedliśmy z metra stacji Schottentor, obok wielkiego ronda będącego pętlą tramwajową, przy którym jakaś kobieta na ławce na przystanku grała pięknie na harfie i skierowaliśmy się na Universitätsring. Miasto opanowane przez typową późnojesienną aurę dość ciepłego ale wietrznego i pochmurnego dnia, z brązowymi liśćmi opadającymi w tle, intensywnie przygotowywało się do obchodów Adwentu i Świąt Bożego Narodzenia. Wszędzie widać było prace albo jej pierwsze efekty nad bogatymi dekoracjami i intensywnym oświetleniem tworzącym ten jedyny i niepowtarzalny w roku klimat, oraz pasującym do pełnej przepychu architektury miasta. A ta dosłownie przepychem i bogactwem onieśmiela. Mijamy  naprawdę imponujące, ogromne i pełne efektownych zdobień budynki (Rathaus, Burgtheater, Parlament, Universität, Muzeum Historii Naturalnej). Ale im dalej tym wrażenie zamiast rosnąć maleje. Czegoś tu jest za dużo, a czegoś zupełnie brakuje. Na przykład duszy. Owszem widać tu olbrzymie pieniądze i rozmach, ale jak dla mnie poza charyzmą brak też pewnej harmonii, spójności stylistycznej. Zdaje sobie sprawę, ze to opinia laika, wręcz ignorantki. Nie pisze tu jednak by dzielić się (lub powielać z innych źródeł) wiedzą na temat historii, architektury czy historii sztuki ale swoimi wrażeniami. A wrażenia są takie, że Wiedeń nas nie zachwycił. No jak nie zachwyca jak zachwyca, zapytacie może? No tak właśnie. Też czuje się tym faktem rozczarowana ;)
Przez bramę południową zwaną Burgtor dostajemy się na teren Hofburgu, pałacu cesarskiego Habsburgów. Heldenplatz jest zastawiony samochodami, co zdecydowanie odbiera mu urody (to akurat plaga na skale globalną). Uroku nie dodają tez kiczowate, stylizowane na zabytkowe samochody do przewożenia turystów. Tego w Wiedniu, słynącego przecież z klasy i elegancji na najwyższym poziomie nie możemy zrozumieć najbardziej: jak w miejscach tak obiektywnie pięknych i klasycznych można znaleźć tyle tandety, kiczu i złego smaku, tylko po to by zadowolić niewymagających, masowych turystów? Poruszamy się zgodnie z zaplanowaną przeze mnie trasą, przekraczamy zatem kolejna bramę - Schweizetor - Bramę Szwajcarską. Odznacza się na tle elewacji, dzięki intensywnej ceglastej barwie (lub mocny rooibos) i złotym zdobieniom, ale podobnie jak cały zamek nie robi na nas wrażenia. Okazuje się, ze w tym samym momencie pomyśleliśmy, że “nasz” Wawel jest dużo ładniejszy. Zdecydowanie bardziej podoba nam się secesyjny budynek Schmetterlinghaus - Motylarni. W Brasserie Palmenhaus, zielonym pałacu ze szkła, znajduje się kawiarnia, a obok Dom Motyli. Udaję się tam sama z Elio by w wypełnionej egzotycznymi roślinami dawnej oranżerii, podziwiać ponad 50 gatunków motyli z różnych zakątków świata, przede wszystkim naszego ulubionego i najliczniejszego tu, znajomego z Kostaryki Morpho. Nieopodal znajduje się Österreichische Nationalbibliothek, Biblioteka Narodowa, na zwiedzanie której wnętrz liczyłam dziś najbardziej. Mamy jednakże poniedziałek i jak większość muzeów, niestety także Prunksaal niesamowita sala paradna (uważana za jedną z najpiękniejszych sal bibliotecznych na świecie) wraz ze wspaniałymi księgozbiorami (ponad 200 000 zabytkowych dzieł ustawionych na bogato zdobionych drewnianych regalach) jest dziś niedostępna dla zwiedzających. Idziemy dalej w stronę Albertiny, gdzie znajdują się największe i najcenniejsze światowe zbiory grafik, ale ogromne muzea i galerie sztuki zostawiamy na inny weekendowy wypad, ponieważ na każde z nich potrzeba conajmniej jednego całego dnia, my chcemy poczuć miasto i poruszać się na jesiennym powietrzu. Jedynie Mateo, który wybrał się z nami, lecz zwiedzał Wiedeń po swojemu odwiedził Belvedere Palace, inną galerię wypełnioną po brzegi arcydziełami sztuki, mieszczącą się w okazałym, barokowym pałacu, gdzie można zobaczyć miedzy innymi najważniejsze dzieła Gustava Klimta, w tym słynny “Pocałunek”. Na nim największe wrażenie zrobil jednak sporych rozmiarów najsłynniejszy portret Napoleona autorstwa Jacques’a-Louisa Davida.
Jako że zbliżała się pora na małą przerwę, a najlepsza przerwa to jak wiadomo fika, dodatkowo zaś tuż po drugiej stronie ulicy naprzeciwko Albertiny znajduje się pięciogwiazdkowy luksusowy Hotel Sacher Wien, uznaliśmy że zrobimy to! Spróbujemy najbardziej znanego (i pod względem popularności niekwestionowanego numeru jeden) tortu na świecie u źródła. Mimo że drogie i ekskluzywne przybytki to nie nasza półka i bajka, styl klasycznych wiedeńskich kawiarni to nie nasz gust, aby dostać się do środka należało odstać pół godziny w kolejce chętnych, deser kosztował 10 EUR za sztukę, a my nawet (jak większość ludzi na świecie) nie lubimy tortów. Dlaczego się wiec zdecydowaliśmy? Żeby poczuć się jak milionerzy. Żartuję. Uważam, że raz w życiu warto spróbować charakterystyczną potrawę danego kraju, zwłaszcza jeśli mowa o słodyczach. W przypadku tortu Sachera mamy tu na bonus kawałek słodkiej historii. Tort został wymyślony w 1832 roku przez zaledwie 16-letniego pomocnika kuchennego Franza Sachera, który awaryjnie zastąpił szefa kuchni i przygotował ten deser na przyjecie u księcia Metternicha. Obecnie każdego roku produkuje się ręcznie 360 000 tortów, z czego 1/3 zjadana jest na miejscu w hotelu i kawiarni Café Sacher Wien. Gdyby to nadal była luksusowa kawiarnia wyłącznie dla ludzi o grubych portfelach, należących do wyższych sfer, odpuścilibyśmy sobie tę atrakcje. Stała się ona jednak istotnym punktem wielu turystycznych wycieczek i obsługa przyzwyczajona jest do licznych nieobytych i nieokrzesanych barbarzyńców z plecakami, obsesyjnie i ostentacyjnie fotografujących wnętrze i zawartość talerza i przyjmuje zamówienia i dostarcza czekoladowe przysmaki z profesjonalnym uśmiechem i manierami godnymi obsługi arcyksiążąt i cesarzowych. Zamówiliśmy z Tatą po porcji oryginalnego tortu czekoladowego z dodatkową warstwą morelowej marmolady według ściśle strzeżonego przepisu oraz kawę. Elio wybrał kostkę Sachera, słodki sześcian przypominający ogromną pralinę, o podobnym smaku i także oblany grubą warstwą doskonałej czekolady a do tego przepyszną czekoladę do picia na zimno. Tak jak pisałam: nie przepadam za tortami, od Sachera wolę wiedeński strudel, a najlepiej to Napoleonkę. Ale niczego nie żałuję! Zreszta moja żartobliwa opinia Marii Antoniny wśród znajomych (mogę w domu nie mieć chleba ale ciastko być musi!) zobowiązuje. Wracając do cukierniczej historii związanej z wiedeńskim deserem, jej najciekawszym aspektem jest trwający niemal 10 lat spór sądowy o prawo do nazwy “oryginalny tort Sachera” o który walczyły ze soba dwie kawiarnie - Café Sacher i Café Demel (w której pracował i udoskonalił przepis syn Franza). Dziś ciacho można spróbować w wielu miejscach. Przyznaję, ze nas z początku zniechęcała cena, jednak jest ona podobna w większości kawiarni, a zależało nam przecież na smaku i jakości, a nie tylko zaliczeniu turystycznej atrakcji. Czytałam, że wiedeńskie kawiarnie zostały uznane przez austriacki oddział UNESCO za niematerialne dziedzictwo Wiednia. Nie wyobrażam sobie zatem by zwiedzając to miasto nie wybrać się do jednej z nich by poczuć się jak w XIX w. Albo jak w powieści “Zapach Czekolady”.
Wróciwszy do współczesności udaliśmy się pędem reprezentacyjną Kärtner Straße, luksusową wizytówką Wiednia, łączącą dwa najważniejsze place: Stephensplatz i Karlsplatz, bo jesteśmy umówieni z Mateo pod znajdującą się na tym pierwszym Stephansdom czyli Katedrą św. Szczepana. Mamy zamiar wejść na wieżę, która wg. Google Maps jest otwarta tylko do 16:30. Okazuje się ze do 18:30 ale i tak zaraz zrobi się ciemno, a chcielibyśmy zobaczyć piękną panoramę miasta za dnia. Przepychamy się przez zatłoczoną ulicę, pełną eleganckich sklepów, z najwspanialszym asortymentem, w tym także tradycyjnymi austriackim przysmakami: z wystylizowanych witryn kuszą piękne czekoladki i marcepanowe słodycze. To przy tej ulicy znajduje się Wiener Staatsoper, Wiedeńska Opera Państwowa. A także najsłynniejszy dom towarowy w Wiedniu - Steffl, nieopodal którego mieści się Apple Store.
Steffl, czyli Stefek to także potoczna nazwa Południowej Wieży, na szczyt której prowadzą nieskończone i bardzo kręte schody. Dostępna dla zwiedzających jest także Wieża Północna, niższa ale wyposażona w windę. Jeśli jednak zdrowie pozwala, warto wspiąć się, by mieć lepszy widok na miasto i spojrzeć z góry na architekturę tej wspanialej katedry.
Ostatnie na dzisiejszej liście jest Mozarthaus Vienna, czyli Muzeum Mozarta. To jedyne mieszkanie, które się zachowało z licznych domów słynącego z przeprowadzek i hulaszczego życia genialnego kompozytora. Choć we wnętrzach nie zachowało się zbyt wiele przedmiotów i dużo pozostawiono wyobraźni, dzięki ekspozycji i udostępnionym audiobookom (również w języku polskim) łatwo można przenieść się do lat w których mieszkał i tworzył tu Wolfgang Amadeus Mozart, poznać realia tamtych czasów i dowiedzieć się mnóstwo ciekawych rzeczy o jego życiu, twórczości i wpływie na kulturę wiedeńską i światową. Po zwiedzaniu nie pozostaje nam już nic innego jak udać się na wiedeńskiego sznycla. Wszyscy są głodni i zmęczeni, szukamy wiec czegoś w pobliżu. Miejsce ze sznyclami które wybraliśmy wydaje się być idealne, ale z bliska wyglada jak typowa turystyczna pułapka. Nie zachęca nas też kolejka oczejkujących przed lokalem, już dziś w jednej się nastaliśmy. Ostatecznie wpada nam w oko włoska restauracja Cavaliere Pizzeria Ristorante. Okazuje się być świetnym wyborem, jest prowadzona przez Włochów, więc dostajemy prawdziwą włoską pizzę i pastę. Jako ludzie pochodzący z kraju niedzielnego schabowego i tak nie mieliśmy ochoty na kotleta w panierce.
Na kolejny dzień zaplanowałam zupełnie odmienne rozrywki. Miało być wesoło, kolorowo i dla wszystkich a nie tylko dla rodziny cesarskiej i ich najbliższych znajomych. Zwykle z parkami rozrywki nam nie po drodze. Ani estetyka wesołych miasteczek do nas nie przemawia ani muzyka  tam puszczana, ani ten rodzaj spędzania czasu w ogóle. Nie bardzo też mamy zaufanie do często wysłużonego już sprzętu i czasem zmęczonej życiem obsługi. Może mniej w krajach jak Austria czy Singapur, gdzie przepisy są dość rygorystyczne i skwapliwie przestrzegane. Ale ogólnie nie jesteśmy zainteresowani. Mam jednak słabość do starych, oldschoolowych lunaparków, ich nastrój w jakiś sposób na mnie działa, intryguje i uwodzi. Biorąc pod uwagę wiedeński przepych i klasę z jakiej stolica Austrii  jest znana, w Prater spodziewałam się czegoś w rodzaju mieszanki kopenhaskiego Tivoli, który mieliśmy okazje odwiedzić gdy Mateo mial 3 latka i “Na karuzeli życia” Woody’ego Allena. To co zastaliśmy na miejscu trudno mi opisać, zwłaszcza jeśli mam się trzymać zasady, że wypowiadam się o czymś pozytywnie albo wcale. Takiej ilości tandety, brzydoty, kiczu i zaniedbania nie widziałam jak dotąd chyba nigdy, tym bardziej nie spodziewałam się ujrzeć teraz, gdy po wyjściu z metra przeszliśmy przez obiecująco kolorową zebrę zamiast zwykłych pasów na jezdni i przestąpiliśmy bramę tego estetycznego piekła. W tym zalewie paskudnych i chyba dawno nieużywanych urządzeń Tata nie zauważył nawet datowanego na 1897 rok ogromnego diabelskiego młyna, przypominającego o czasach gdy damy przychodziły tu w falbaniastych sukniach i strojnych kapeluszach a panowie eleganckich garniturach. Głęboko, naprawdę głęboko rozczarowani uciekliśmy stamtąd tak szybko jak tylko się dało.
Z Leopoldstadt  do dzielnicy Weissgerberviertel mieliśmy dotrzeć pieszo przekraczając Donaukanal (Kanał Dunajski, powstały w wyniku regulacji Dunaju w latach 1870-75) mostem Rotundenbrucke. Najpierw przecięliśmy nieskończenie długą i szeroką Hauptallee, która w porach roku zdobiących rosnące tu szpalerem drzewa liśćmi musi wyglądać przepięknie, oprócz nas poruszało się po niej niewielu spacerowiczów, rowerzystów i  biegaczy, po czym z wielką ulga, choć wciąż poruszeni przykrym zderzeniem naszych wyobrażeń o Prater z rzeczywistością, zaszyliśmy się w spokojnych alejkach i ścieżkach Parku Prater. Zajęci rozmową nie zauważyliśmy jak bardzo się oddaliliśmy od  naszej trasy i kiedy minąwszy ogródki działkowe z naprawdę wypasionymi, przypominającymi miniaturowe wersje prawdziwych domów altankami, dotarliśmy nad brzeg “pięknego i modrego” Małego Dunaju, okazało się że zaszliśmy wcale nie o jeden a kilka mostów za daleko. Nie ukrywam że byłam zła na osobę odpowiedzialną za śledzenie GPS-a, bolały mnie już nogi (właściwie po tym zorientowałam się ze coś jest nie tak), bo miałam na sobie nie do końca wygodne buty i nie planowałam nadprogramowych wędrówek. Jedyną "atrakcją" pośród zupełnie nieatrakcyjnych w tej dzielnicy budynków i kamienic była fabryka niemieckiej firmy Henkel, którą najpierw rozpoznaliśmy po intensywnym zapachy proszku do prania, rozchodzącym się na całej ulicy. Wreszcie dotarliśmy do celu, najbardziej odjechanego budynku, a właściwie jednego z kilku w Wiedniu, Hundertwasserhaus, zaprojektowanego przez nieco szalonego jak mniemam -  lecz absolutnie wyłącznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu - artystę, zwanego (uważam ze całkowicie zasłużenie) austriackim Gaudím (którym się inspirował, lecz nie tylko nim), Friedensreicha Hundertwassera. Z początku sceptyczna szybko zachwyciłam się jego projektem, wyobrażając sobie jak wspaniale tu mieszkać, z taką fasadą, klatką schodową i ogólnym tak zwanym vibe! Naprzeciwko znajduje się Hundertwasser Village, świątynia konsumpcji, zawalona turystycznymi pamiątkami, z kawiarnią i barem, gdzie jest zbyt tłoczno i zbyt komercyjnie ale jeśli umie się to zignorować i “wyłączyć się” można się poszwendać, porozglądać i pozachwycać kolorowym, pełnym dziwnych detali, kolumn  i mozaik wnętrzem. Dużo bardziej jednak warto przenieść się kawałek dalej, w podobne miejsce, gdzie jest już spokojniej i bardziej inspirująco: Kunst Has Wien - Muzeum Hundretwassera. Tam nie tylko zobaczycie jak wyglada fantastyczny, wypełniony krzywiznami i kolorami dom zaprojektowany przez tego niesamowitego człowieka, zaangażowanego w ochronę środowiska naturalnego równie mocno jak w sztukę, od środka, ale zapoznacie się z jego ciekawym życiem i fascynującymi pracami, urzekającymi kolorem, energią i przesłaniem. Nie da się ukryć że artysta wzbudza kontrowersje i skrajne opinie. Zarówno wśród odbiorców jak i teoretyków sztuki. Na jednym z blogów spotkałam się ze stwierdzeniem, że zaprojektowany przez niego budynek jest “krasnalem ogrodowym Wiednia”. Nie jestem w stanie zrozumieć tej opinii, zwłaszcza po tym z jak wieloma naprawdę przaśnymi i niewybrednymi wytworami kultury i sztuki mieliśmy wątpliwą okazje się tu zetknąć w miejscach po których się tego nie spodziewaliśmy. Zanim zabraliśmy się za oglądanie obrazów, a przy okazji dwóch interesujących wystaw tymczasowych, udaliśmy się do kawiarni, zdecydowanie bardzo w naszym klimacie, gdzie zjedliśmy po kawałku strudla z jabłkami i bitą śmietaną. Z początku chciałam pójść na fikę, ze względu na towarzyszącego nam Elio, do mijanej na drodze pomiędzy kolorowymi domami Kinderspiel - Familiencafé, jednak na miejscu okazało się, tak jak zresztą trochę podejrzewałam, że to miejsce dla ludzi z dziećmi malutkimi, kilkumiesięcznymi bobasami, a my takiego na stanie już nie posiadamy. Na koniec wycieczki zrobiliśmy w muzealnym sklepiku tradycyjne zakupy książkowo-pocztówkowe i udaliśmy się na kolację. Miejsce wybrali Chłopcy i była to japońska knajpa znajdującą se w pobliżu - Shoyu Pan, gdzie zostaliśmy po cesarsku ugoszczeni przemiłą obsługą i przepysznym jedzeniem.
Ostatniego dnia, po wymeldowaniu z hotelu gdzie na płatnym parkingu trzy poziomy pod powierzchnią ziemi (nie wspomniałam, ze naszą wizytę w Wiedniu rozpoczęliśmy jednak, cóż za ironia!, od tej nieszczęsnej piwnicy?) zostawiliśmy auto, powędrowaliśmy do Schönbrunn Palace, letniej rezydencji Habsburgów. Nie da się ukryć że naprawdę mieli rozmach, robi wrażenie, zwłaszcza rozmiarem. Szczególnie oszałamiająco musi wyglądać tutejsze założenie ogrodowe wiosną, na ten moment w oczy rzuca się przede wszystkim przestrzeń i.. pustka. Po jednej stronie pałacu trwa już Bożonarodzeniowy Jarmark, jest gwarno, stragany uginają się pod ciężarem świątecznych dekoracji i smakołyków, powietrze pachnie korzennie i słodko. Po drugiej rozprzestrzenia się mgła i melancholia. Park rzeczywiście wyglada teraz jakby był nawiedzony. Jest to pewien rodzaj obiektywnego piękna, ale nie potrafimy tego docenić. Nie możemy się pozbyć poczucia, że zbyt wiele granic zostało tu przekroczonych. Koszt tych wszystkich wspaniałości jest niewyobrażalny i nie mowie o pieniądzach. Mimo smutnych refleksji chciałabym tu jeszcze raz przyjechać, zobaczyć ogrody i oranżerię w całej okazałości oraz pałacowe komnaty. Tymczasem zwiedzamy ZOO, najstarsze na świecie. Tiergarten Schönbrunn został założony w 1752 roku przez Franciszka Józefa I. Piękne stare pawilony przypominają o ciemnej stronie ogrodów zoologicznych, ale zostały zmodernizowane tak by przede wszystkim to zwierzęta czuły się tu dobrze i bezpiecznie. Jest chłodno, ale spacer jest przyjemny, podążamy za namalowanymi na asfaltowej drodze kocimi tropami. Bez wątpienia naszymi faworytami są pandy wielkie, przeurocze słodko niezdarne stworzenia, które mam okazje widzieć na żywo po raz pierwszy - wcześniej tylko pandy czerwone (mam nadzieje ze w jakiejś nie bardzo odległej przyszłości odwiedzę Chengdu Research Base of Grant Panda w Chinach lub Grant Panda Forest w River Wonders, gdy wrócimy do Singapuru). Wspaniały jest także biały wilk, dumnie i grzecznie pozujący do zdjęć przez siatkowe ogrodzenie, niedźwiedź polarny, czy małe słoniątko, prawdziwy Dumbo, niezgrabnie krążący wokół swojej mamy. Chwile przyglądamy się kłócącym się zawzięcie orangutanom i parze nieruchomych leniwców, które wciśnięte w kąt sufitu pokrytego sztukaterią udają, że ich nie ma. Jest tu też sporo świetnych miejsc do obserwacji dla ornitologów-amatorów. W połowie drogi natykamy się na zabytkowy domu w stylu tyrolskim z 1722 r., przeniesiony tu w całości w 1994 r, TirolerhofObok w zagrodach sympatyczne owce i kozy celebrytki domagają się uwagi wydając z siebie głośne dźwięki. W budynku powstaje coś w rodzaju muzeum-skansenu, jest tez sklepik z regionalnymi wiejskimi wyrobami, wszystko wygląd smakowicie i wspaniale, tym bardziej ze jesteśmy już głodni. Niestety nie ma już grzanego cydru, którym chętnie bym się rozgrzała. Kupujemy przekąski, nie zatrzymujemy się jednak na dłużej, zjadamy je po drodze, bo pomału zbliża się pora zamknięcia ZOO. Poza tym  przed nami jeszcze kilka godzin powrotu samochodem do Krakowa, a wcześniej dość długa droga powrotna przez olbrzymi habsburski park letni, w którym przygotowania do Imperial Lights - widowiska artystycznego znanego także u nas jako Ogród Świateł, najwyraźniej dobiegły końca. Przed bramą zebrała się już spora kolejka zwiedzających w oczekiwaniu na otwarcie. Efektowne, inspirowane otaczającym je przepychem dekoracje już rozbłysły, widać je przez ogrodzenie. Mamy do nich podobny stosunek jak do wesołych miasteczek. Ale to marnotrastwo energii elektrycznej mierzi nas dziś szczególnie, zwłaszcza po wizycie u Hundertwassera, do którego nam bliżej jeśli chodzi o podejście do przyrody i działalności artystycznej.
Zajeżdżamy na obiadokolację na naszą meblową stołówkę, chwilę stojąc w korkach zanim uda nam się wydostać na autostradę. Potem już prosto do domu, gdzie jesteśmy równiutko o północy.
To była naprawdę ciekawa i inspirująca wycieczka. Intensywne dwa i pół dnia, chociaż mamy wrażenie jakby było tych dni conajmniej dwa i pół raza więcej. Wiedeń nie skradł naszego serca, ale wpadniemy pewno nie raz jeszcze, bo skarbów nagromadzonych przez imperium których jesteśmy ciekawi jest tu mnóstwo. Ale jeśli mam być naprawdę szczera, to dużo bardziej podobają mi się wiedeńskie wizje Hundertwassera niż Habsburgów. Zaś z dwóch stolic monarchii austro-węgierskiej, wolę Budapeszt.































































































































































































































































Hundertwasser vs. Habsburgowie czyli jesienny weekend w Wiedniu

Długi listopadowy weekend był dla nas ostatnią w tym roku okazją na wspólną wyprawę, ze względu na powrót Taty na morze. Chętnie zabralibyśm...