Nie mieliśmy żadnych oczekiwań odnośnie sierpniowego wyjazdu na Krk, z wyjątkiem tego by przez troszkę ponad tydzień pożyć sobie kempingowym życiem. Szum morza, dotyk słońca na skórze, smak soli na ustach. Wieczory na turystycznych krzesłach pod drzewem śpiewającym cykadami i spanie w przyczepie. Kawa z dżezwy, lokalne wypieki i kąpiele o zmierzchu w turkusowym morzu. Spotkała nas niespodzianka. W zasadzie wiele niespodzianek. I ambiwalencji. Najpierw takich sobie (co było do przewidzenia) potem dobrych (co nie było). Niepozorna wyspa, “same kamienie i nic do roboty”, jak myśleliśmy poprzednio “ale jedziemy, kemping jest spoko, pospacerujemy po okolicy” okazała się być piękna (jeśli się wie gdzie kierować wzrok) i fascynująca (jeśli się poszuka własnych ścieżek). Bardzo polubiliśmy to miejsce. Mimo, że nie jest to najpiękniejsza wyspa ani na świecie, ani nawet w Chorwacji, ma w sobie to coś, że chętnie tam wracam. Pamiętam i jestem ostrożna, bo właśnie w tym kraju nad Adriatykiem “nasze” , “ulubione” ,“oswojone” ,“będziemy wracać” miejsce było scenerią przykrych i pełnych rozczarowania wydarzeń. Zatem nie przywiązuje się, ale chętnie eksploruję!
Tradycyjnie wyjechaliśmy później niż planowaliśmy. Jedziemy zapakowani po brzegi, choć nie wzięliśmy moich ulubionych gadżetów kempingowych, ani nawet SUP-ów, tylko rower Mateo. To była warunek żeby z nami pojechał (bez konieczności zastosowania tak zwanej władzy rodzicielskiej). Gdzieś w Czechach koło przyczepki trafia w dziurę, coś w mocowaniu umieszczonego na niej boksu łamie się. Zjeżdżamy z autostrady. Chłopaki próbują naprawić stelarz. W gorącym, letnim powietrzu unosi się okropny smród trochę chemiczny trochę organiczny. Google Maps pokazuje że stanęliśmy na parkingu przy fabryce nawozów lub innych produktów rolniczych. W końcu się udaje, oddycham z ulgą, choć zapachy z fabryki trochę to utrudniają. Jest nawet lepiej zamocowane niż wcześniej. Możemy jechać dalej. Odwołujemy jednak rezerwacje pensjonatu w Słowenii, gdzie planowaliśmy spędzić noc, dziś nie dotarlibyśmy w wyznaczonych godzinach. Nie będzie tradycyjnej jajecznicy ze słoweńskich jaj na śniadanie. W nieulubionym B&B w Grazu dostajemy dwa osobne pokoje, to jedyna dostępna na szybko opcja z hummusem na śniadanie w tle (który nam się przejadł na trasie Braci Grimm, gdzie korzystaliśmy z oferty tej sieci budżetowych hoteli o parę razy chyba za dużo). Boli mnie kolano, w które uderzyłam się kilka dni przed wyjazdem. Źle mi się śpi, dokucza przy każdej zmianie pozycji. Tata pociesza, że jak wymoczę w morzu, to się naprawi. W Mariborze zatrzymujemy się na kawę u znajomych, którzy spędzają tam swoje wakacje. Popołudniu mijamy most na wyspę, godzinę później Tata rozkłada przyczepkę a my już po szybkim rekonesansie i zakupach w pobliskiej piekarni. Burki z serem i pączki. Obsługa to bardzo młodzi sympatyczni mężczyźni, komunikujemy się wszyscy - oni i my, turyści, w osobliwej mieszance angielskiego, niemieckiego i wszystkich możliwych języków słowiańskich, co najwyraźniej ma jakieś pozytywne działanie na dobry nastrój. Mimo ze kemping jest zatłoczony, w szczególności plaża, nasze miejsce jest kameralne, a ze wspólnych toalet w tej części korzysta bardzo niewiele osób. Otaczają nas liczne atrakcje najgorszego rodzaju od krzykliwych automatów po dmuchańce. Któregoś bardzo wietrznego dnia dobiega z ich strony upiorne dudnienie, cos ciężkiego miarowo uderza w betonowa powierzchnie. Elio biegnie zobaczyć z bezpiecznej odległości co się dzieje: otóż urwała się lina przytrzymująca jedną z ogromnych dmuchanych trampolin. Takich wrażeń mogliśmy się spodziewać, w końcu to jedna z najbardziej turystyczno-plażowych miejscowości w Chorwacji. Nie przyszło nam jednak do głowy, że mieszkając na kempingu, który jest jakby osobną strefą, tak bardzo będziemy w centrum tego wszystkiego. Codziennie do drugiej w nocy słychać doprowadzającą nas do szału i braku snu głośną muzykę z pobliskiej dyskoteki. Na deptak nie ma co wychodzić, nie da się przedrzeć przez ten wakacyjny rozgardiasz. To ta pierwsza twarz Baški, którą poznajemy. I która utwierdza nas w stereotypowych wyobrażeniach jakie mieliśmy na temat tego miasteczka, zanim tu przyjechaliśmy. Dla równowagi: plaża. Ta zatłoczona. A jednak: piękna! Otoczona przez góry (nie spodziewaliśmy się! myśleliśmy ze będą to delikatne wzniesienia, niewysokie klify jak koło miasta Krk), z jednej (wschodniej) strony przycupnięte miasteczko, jego jak się później okaże ładniejsza i przyjemniejsza część, wraz z malowniczym kościołem górującym ponad czerwonymi dachami śródziemnomorskich, kamiennych zabudowań i woda o niesamowitym odcieniu bladego turkusu, brzy brzegu tak jasnym że niemal mlecznym.
Miła niespodzianka czeka nas następnego dnia, kiedy rankiem, jeszcze przed 9:00 udajemy się na długi spacer wzdłuż wybrzeża od strony miasteczka. Jest tam zdecydowanie mniej ludzi, zwłaszcza o tej porze. Przyjemnie jest błądzić pomiędzy urokliwymi uliczkami. Mnóstwo tu sympatycznych restauracji zachęcających zacienionymi ogródkami, sklepików z pamiątkami w trochę lepszym guście, pojedynczych stoisk ze świeżymi zielonymi figami (uwielbiam!) prosto z sadu, na których sprzedawane są też lawenda, miód i te ciemne drobne winogrona, które też są pyszne, pamietam jak zostaliśmy obdarowani nimi, całym koszykiem zerwanych chwilę wcześniej ciężkich gron, kiedy wyjeżdżaliśmy z Ksamil Caravan Camping w Albani. Zupełnie inaczej niż na ulicach przy kempingu. Na końcu cypla, na ławce pod głagolicką literą Š, jemy śniadanie. Tak, tu prawie cały alfabet rozsypany jest w promieniu kilku ulic, nie musimy nigdzie jeździć samochodem by “zdobyć” większość z nich, wystarczy spacer codzienny, nawet przypadkowe pokręcenie się po miasteczku to tu to tam. Choć do niektórych pomników trzeba podjechać, albo natrafić na nie przypadkiem, poza granicami zabudowań. Czasem zlewają się z tłem, kiedy wokół kamienia kreci się większa grupa ludzi i trzeba rozglądać się uważniej. Niektóre z nich ku memu rozbawionemu zaskoczeniu wypatrzył Tata, zanim ja je zauważyłam. Postanawiamy wpadać czasem do tej zaskakująco ładnej części miasteczka, wczesnym rankiem, zanim Baška (i nasi Chłopcy) na dobre się obudzi, na kawę, co kilka razy nam się udaje.
Pierwsze dni mijają leniwie, każdy podobny do poprzedniego: trochę czytania, trochę kąpania, grania w karcianki. Odkrywamy biały ser z wyspy Pag, równie pyszny jak twarde, dojrzewające żółte sery, którymi raczyliśmy się w Chorwacji do tej pory. Zajadamy go na śniadanie z dżemem pomarańczowym i figowym z cytryną. Po tych kilku leniwych dniach idziemy na spacer do sąsiedniej wioski Batomalj. To bardzo miła odmiana od nadmorskich klimatów. Jakbyśmy przenieśli się w inny świat. Sama wioska to nic nadzwyczajnego, ale jest ładnie położona, a droga do niej prowadzi pośród niesamowitych topoli białych (Populus Alba). Z góry pomiędzy kwitnącymi krzakami rozmarynu rozciągają się sielskie widoki na wiejska okolicę. Rośnie tu sporo figowców, dziko, przy drodze, ale jakoś nie mam odwagi ich zrywać, choć widzę jak robią to inni. Po drodze znajduje się przyjemna restauracyjka Bistro Malin. Zatrzymalismy się na šurlice, tradycyjny chorwacki makaron. Zamówiłam z szynką i szałwią, ale trochę się rozczarowałam. Nie było to złe, ale spodziewałam się czegoś lżejszego i bardziej (szałwia!) aromatycznego. Deser - smażone figi był intrygujący, ale po zbyt obfitym posiłku, wzbudził raczej poczucie nadmiaru niż satysfakcji z dobrego jedzenia. Na pewno plusem tego miejsca jest lokalność i jakość składników, może trzeba będzie tu wrócić na jagnięcinę?
Na trasie Baśka - Soline stoi przy drodze piękne stare drzewo, wiązowiec południowy lub śródziemnomorski (Celtis australis). Po chorwacku to koprivić (łac. Celtis), bardziej lokalnie Poprivić. Według tutejszej legendy został posadzony w XI w. przez chorwackiego króla. Ponoć, ze względu na rozmiar i gładką korę nazywany jest "baobabem z wyspy Krk". Zatrzymujemy się tam rzecz jasna, i przy kilku mijanych pomnikach głagolickich liter.
Ostatecznie z burzy nic nie wyniknęło, tylko wiatr wieje wciąż, tworząc dzikie fale. Jest nie do wytrzymania gorąco jak się siedzi na brzegu ale kiedy pływam w morzu woda jest nieprzyjemnie zimna. Po wycieczce w góry poszliśmy na lody do naszej piekarni, obrzydliwie sztuczne i słodkie. Kupiliśmy burki i pieczywo na potem. W taki upal nie chęć się jeść, tylko Chlopcy chodzą codziennie do restauracji, my dołączamy do nich co drugi dzień. Wystarczą nam przekąski i owoce.
Późnym popołudniem idziemy pieszo do kościoła św. Łucji (Crkva sv. Lucja). Na przedmieściach, kawałek za Bistro Malin. To tam znajduje się słynna płyta z Baški. A dodatkowo koncert, bo okazałoś się że w czasie kiedy będziemy na Krk trwa Międzynarodowy Festiwal Gitarowy, wspaniałe koncerty od bluesa po rock progresywny, w niesamowitych sceneriach (jak dziś - ów stary kościółek, czy innym razem dawna marina na starówce), a do tego plenerowe projekcje filmów. Przychodzimy zbyt późno by jednocześnie zwiedzić kościół (w ramach zwiedzania ogląda się też kilkunastominutowy film tematyczny) i zobaczyć projekcję Bob Marley: One Love. Postanawiamy lekcje z głagolicy odrobić innym razem, bez presji, pośpiechu i skomplikowanych wyborów i zasiadamy na rozkładanych leżakach w letnim festiwalowym kinie. Po seansie tylko chwilka muzyki, bo Elio jest już zmęczony a czeka nas droga powrotna topolową ścieżką w totalnym mroku (mamy czołówki). Słuchamy kilku utworów, tyle zajmuje nam wypicie pysznego soku z kwiatu szałwi i równie wyśmienitego koktajlu lawendowego (na bazie lokalnego likieru - to ja). W drodze powrotnej mam stracha, sama nie wiem czego się boję: duchów, dzikich zwierząt czy bałkańskich morderców? Oprócz beczenia owiec w ciemnościach nic strasznego na szczęście nie widzieliśmy ani nie słyszeliśmy.
Rano na terenie resortu Valamar organizowane są zajęcia jogi. Zmuszam się i wstaje na 8:00. Jestem ciekawa jak to będzie wyglądać, no i przyda się trochę rozciągania i relaksu. Niby jesteśmy na wakacjach, ale nasza ekipa i relaks to oksymoron. Podczas gdy ustawieni w kręgu, naśladując instruktorkę, mniej lub bardziej pilnie wykonujemy asany, na trawnik nonszalancko wjeżdża automatyczna kosiarka. Prowadząca nie zwraca na nią uwagi, nie może jej jednak dłużej ignorować kiedy pełne zapału urządzenie wjeżdża wprost na jej matę, uszkadzając ją lub siebie, co wywołuje powszechny wybuch śmiechu ale i dekoncentruje cala grupę. Zajęcia i tak zbliżały się już do końca. Niezupełnie tak je sobie wyobrażałam - to nie była joga Iyengara, która znam a prowadząca mówiła po chorwacku, ale było bardzo przyjemnie. Nie miałam swojej maty, a nie pomyślałam żeby wziąć ręcznik jak zrobili to inni, pozostało mi ćwiczyć na gołej ziemi. Nie przeszkadzało mi to, podczas skłonów czułam zapach trawy, a kiedy podnosiłam ręce dotykałam nimi gałęzi drzewa oliwnego nade mną. Leząc patrzyłam w czyste błękitne niebo, bo którym szybowały ptaki. Pooddychałam jak trzeba. Jednak w kolejnych zajęciach (odbywają się dwa razy w tygodniu) nie uczestniczę, wakacyjne lenistwo zwycięża.
Rezerwujemy też rowery, które chcemy wypożyczyć na pare dni. Tego dnia w którym je odbieramy udajemy się na wycieczkę do Kościoła św. Iwana (Crkva sv. Ivan), tego który wznosi się na zboczu nad miasteczkiem. Z góry cudowne widoki. Przechadzamy się po cmentarzu, myślę sobie że nawet po śmierci można mieć szczęście i zostać pochowanym w takim pięknym miejscu. W drodze powrotnej sama omal nie trafiam na cmentarz (żart, ale naprawdę pędziłam zdjęta trwogą) kiedy zjeżdżamy z powrotem w dół i dopiero widzę po jak stromym zboczy prowadzi droga (zwykła szosa, nie rowerowa), a ja przestaję panować nad prędkością mojego jednośladu. Pod górę nie czułam wysokości bo to rower elektryczny, uruchomiłam sobie tryb wspomagający. Ale rowerzystka ze mnie kiepska a wysokości boje się nawet chodząc w górach pieszo, choć to akurat lubię, dawka adrenaliny jest przyjemna kiedy wiem co robie, a chodzić umiem. Tu sytuacja wymyka się spod kontroli. Chłopaki śmieją se ze mnie, dla nich taka górka to nic. Nie ukrywam z jak ogromną ulgą wracam na ścieżkę, równo biegnącą wzdłuż wybrzeża. Znów dojeżdżamy na ukrytą za wschodnim brzegiem plażę, płatną, może dlatego mniej popularną? Dzięki temu, że jadąc do kościoła skręciliśmy w złą stronę i trafiliśmy w ślepy zaułek, wiemy ze łączy się z kempingiem. Zaskoczeni odkryliśmy ze to kemping Valamaru, jest zaciszny, pięknie położony, w tej milszej i ładniejszej części Baśki. Postanawiamy, że w następne wakacje wykupimy miejscu tu. Jednak kiedy chcieliśmy zarezerwować kemping teraz, kiedy to piszę, okazało się (i wyjaśniło skąd to dyskretne położenie), że to kemping dla naturystów. Może gdybyśmy wybierali się sami, bez Elio kto wie? To jednak nie jest ten moment, wybraliśmy o dziwo cos przeciwnego - ogromny resort pełen atrakcji (chyba sami nie wiemy co czynimy), tak wielki ze można się po nim poruszać kempingową kolejką… Myślę ze Elio, który pojedzie z nami solo - jego dorosły już brat wyruszy na indywidualne voyage, będzie zadowolony. Z pewnością zdam Wam relację, zdradzę teraz tylko że przeplatamy wizytę na Krku kolejna porcją Istrii (i licznych porcji trufli).
Tymczasem na Krk kolejna zaplanowana wycieczka w góry pokrzyżowana przez pogodę. Radar wskazuje potencjalne burze w ciagu dwóch godzin. Rzeczywiście nad kempingiem przeszła burza i trochę popadało. Poszliśmy na pocztę wysłać pocztówki. Kiedyś się rozpogodziło, zdecydowaliśmy się jednak wyruszyć w rześkim po deszczu i schłodzonym powietrzu, i zdobyć sąsiadujący z Bag szczyt Ljubimer. Nie zdobyliśmy. Jakieś 10 minut od celu chmury zaczęły niebezpiecznie przyspieszać i się zagęszczać, pojawił się charakterystyczny zapach zjonizowanego powietrza. Nie czekając aż kolejna burza zaskoczy nas na takiej wysokości i otwartej przestrzeni, szybko zeszliśmy i drogą wzdłuż malowniczego klifu wróciliśmy na naszą bezpieczna i przytulną parcelkę. Czy aby napewno bezpieczną? Ten kanał ze strumieniem płynący obok kempingu sugeruje, ze podczas intensywnych opadów wody może być sporo, wiec przezornie opracowaliśmy ewentualny plan ewakuacyjny. Może i mamy paranoje, ale cala noc lalo tak, ze prawie uszkodziło nam przedsionek od przyczepy. Tato wyrywany ze snu co chwile wylewał wodę gromadzącą się na górze, a rano z Mateo zmodyfikowali nieco konstrukcję naszego zadaszenia. Teraz co rusz uderzam się w głowę bo stalowe rury są niżej, a wciąż o tym zapominam.
Jedna z ciekawostek jaka odkrywamy na Krk są cvjetovi od kamena - kamienne kwiaty, zwane mrgari. To zabudowania pasterskie, tworzone techniką budowania murków na sucho, przeznaczone do tymczasowego gromadzenia i sortowania owiec. Owe misterne, kamienne labirynty widziane z góry przypominają wielkie kwiaty. Są unikalnymi budowlami w skali świata, te zachowane z dawnych czasów można zobaczyć jeszcze tylko w Walii i Islandii. W sumie jest ich 15, z czego kilka wciąż używanych. Na każdym płaskowyżu Krk znajduje się ich pięć, a kolejne pięć na sąsiedniej wyspie Prvić. To już jednak temat do zagłębienia podczas kolejnych wyjazdów na wyspę i górskich wypraw po okolicy Baški, Jurandvora i Batomalj.
Ostatniego dnia idziemy wreszcie obejrzeć płytę w Kościele św. Łucji w Jurandvor. Kościółek jest mały ale warto zaplanować tu dłuższą chwile: najpierw ogląda się kilkunastominutowy filmik, potem o historii płyty i kościoła opowiada przewodnik. To kopia odnalezionego w XIX w. kamienia z wygrawerowaną w XI w. inskrypcją w średniowiecznym języku chorwackim, starosłowiańskim alfabetem. Oryginał od 1934 r. znajduje się w muzeum w Zagrzebiu. Chcemy jeszcze raz jechać na błotna plażę ale tam już nie zdażymy. Jedziemy za to na obiad do Punatu, do knajpy odkrytej poprzednim razem. Rodzinna, rybna Konoba Ladići. Na pozór nic się nie zmieniło, ale kiedy na pożegnanie rzucamy niezobowiązujące “see you next year” właściciel robi dziwną minę i odpowiada coś, czego z początku niezupełnie zrozumieliśmy. Nieco później nasze przypuszczenia się potwierdzają, jego odpowiedź zinterpretowaliśmy poprawnie: według Google Maps restauracja jest permanentnie zamknięta. Szkoda. Będziemy musieli poszukać nowych miejsc na powroty na Krk. Tymczasem pomału zbiliża się termin naszej kempingowej rezerwacji na Istrii, a jeśli chodzi o Istrię obiecaliśmy sobie że kolejna wizytę zaczniemy od Stancija Špin. A tak się pysznie składa ze z Valamar Camping Lanterna, będziemy mieć tam zaledwie 8 minut samochodem.
























































































































































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz