Najwięcej czasu spędziliśmy w tym roku na Jeziorze Kisajno. “To prawdziwa perła Wielkich Jezior Mazurskich” możemy przeczytać w artykule National Geographic*, “jest rajem dla żeglarzy, wędkarzy i ornitologów”. Trudno się nie zgodzić. Snujemy się leniwie pomiędzy licznymi wysepkami i nie możemy przestać się zachwycać “bogactwem natury”, dziś prezentującym się w pełnej krasie, w pełnym słońcu. Pod wieczór jesteśmy jednak nieco znużeni, a godzinę później zmęczeni i zirytowani niemożnością znalezienia miejsca, w którym moglibyśmy spędzić nadchodzącą i zbliżającą się coraz szybszymi krokami noc. Kiedy jacht pełen młodych ludzi sprzątnął nam sprzed nosa kolejną upatrzoną zatoczkę, byliśmy przekonani, że będziemy spać na kotwicy. Podpłynęliśmy nawet do “Zasranego zakątka” jak nieoficjalnie i pokątnie nazywają niektórzy członkowie mojej załogi naszą bindugę z pierwszej nocy, tę od “Pochylonej Olchy”, oficjalnie “rzęsą przystrojoną”, ale i ona była zajęta. Wreszcie trafiliśmy na coś przecudownego, ale zaraz zupełnie straciliśmy nadzieję. W niewielkiej, malowniczej, ukwieconej Eupatorium cannabinum L., sadźcem konopiastym (nazwa nie brzmi może intrygująco, ale bylina z ciemnoróżowymi baldachogronami kwiatostanów prezentuje się bardzo ładnie na tle lasu, otaczając bujnie nieskażony ludzką stopą piaszczysty brzeg) lagunie widniała duża tablica informująca, że znajdujemy się na terenie Rezerwatu Wysp Jeziora Kisajno. Nawet gdyby jej tam nie było czułabym się jak najgorszy człowiek świata zaburzając cudowną, naturalną harmonię tego miejsca. Tak samo na kotwicy pośród nenufarów gęsto rosnących wokół wysp. W tej samej chwili, niedowierzając temu nieoczekiwanemu fartowi i traktując jak złudzenie optyczne, dostrzegliśmy zatoczkę po przeciwnej stronie lustra wody. Tata miał wątpliwości ze względu na wiatr, których nie mógł nomen omen rozwiać z powodu braku sieci. Postanowiliśmy zaryzykować. Zauważyliśmy, że za gęstwina szuwarów mamy sąsiadów z innej żaglówki, którzy od czasu do czasu pojawiali się na lądzie w zasięgu naszego wzroku, przemykając z rolką papieru toaletowego w dłoni. Poza tym miejsce było idealne, także bujnie zarośnięte przeróżnymi roślinami, przestronne, z nieco miękkim ale wyraźnie widocznym dnem. Chwilę po nas przypłynął łabędź. Nabuzowany niemal jak my jeszcze kilkanaście minut temu. Od razu zaczął na nas wściekle syczeć. Byłam przekonana, że zaraz zaatakuje, szczęśliwie wyraziwszy dźwiękami wydawanymi z dzioba co miał do przekazania, odpłynął. Właściwie to zniknął nagle, jeszcze bardziej niespodziewanie niż się pojawił: po prostu rozpłynął się w powietrzu (ale raczej odpłynął za szuwary). Szczęśliwie nie zaobserwowaliśmy w pobliżu także osy, która wielokrotnie dokonywała abordażu naszej łódki. Dalsza część wieczoru spędziliśmy spokojnie, grając z Elio w uproszczoną, kościaną wersję Mojego Miasta.
Najprzyjemniej jest rano, kiedy na jeziorze panuje jeszcze względna cisza, tafla jest gładka i spokojna, a satysfakcja największą bo przełamało się opór przed zimną wodą. Wstałam najwcześniej jak tylko, ja sowa, byłam w stanie się zwlec ze swojej koi, by poranek był jak najdłuższy. To nasz ostatni dziki nocleg, jutro wracamy do Wilkasów, pojutrze do domu. Wypiłam kawę, trochę poczytałam i kiedy byłam gotowa na kąpiel, właśnie zamierzałam zejść z drabinki, przypłynął ten łabędź, cholerny Strażnik Kisajno. Sierżant z Rezerwatu Wysp Jeziora. Dziś w ogóle nam nie groził tylko skierował się na bok i zaczął się czyścić, czochrać, iskać i ogólnie zrobił całą toaletę, nie wykluczone że włączanie z wypróżnianiem się, po czym odpłynął (na kontrolę?) do następnej bindugi. Zaraz po nim zawinęły do nas dwie kaczki i skierowały się w to samo miejsce, w tym samym celu. Czy to jakaś ptasia publiczna łazienka?? Kaczki udały się w ślad za samozwańczym bosmanem tego dzikiego portu, a ja straciłam nieco ochotę na kąpiel. Ponieważ pozostałości po ptasiej toalecie odpłynęły w przeciwnym kierunku, odważyłam się jednak, cały czas czujnie i z niepokojem rozglądając się czy apodyktyczny łabędź nie wraca. Nie wrócił, zaczęło się za to pojawiać coraz więcej jachtów i motorówek, a że byliśmy na widoku każdy mógł sobie obejrzeć mnie kapiącą jak mnie Matka Gaja stworzyła, a nie takie było moje zamierzenie. Żadna ze mnie rusałka, szybko i ciepło się ubrałam, a niedługo potem wyruszyliśmy. Musieliśmy wbić się w godziny otwarcia Kanału Giżyckiego (teraz Łuczańskiego), które sprawdziliśmy już przy śniadaniu na stronie internetowej.
Przepłynęliśmy przez kanał, przy jego końcu zaczęło padać, ubrałam sztormiak, ale zanim dotarliśmy do leżącej niedaleko Wilkasów wyspy, by schowani przed wiatrem zarzucić kotwicę i rozłożyć maszt przestało. Gdy wychodziliśmy z kanału niemal wpłynęła w nas pędząca motorówką, która powinna nam była ustąpić pierwszeństwa, o nazwie Beztroska. Bardzo, kurczę, adekwatnej.
Korzystając z rzuconej kotwicy i rozpogodzenia się, wypiliśmy ostatnią w tym sezonie “herbatkę na kotwicy” i pożeglowaliśmy jeszcze po Niegocinie kilka godzin. Elio zaczął marudzić znudzony już nieco i głodny. Na stanie został tylko chleb, którego nie lubi i od rana jadł same słodycze, a te szybko się skończyły bo za wiele ich nie mieliśmy. Do Wilkasów zawinęliśmy późno. Pani Eulalia znów miała już zamknięte a na zakupy w Biedronce nie mieliśmy siły. Wylądowaliśmy niczym rozbitkowie w Rozbitku, gdzie cudem zdobyłam stolik i zamówiliśmy po pizzy. A że czas oczekiwania wynosił ponad godzinę to jeszcze na start frytki dla każdego. Te pizze były ogromne. Nie wiem co nam strzeliło do głowy. Prawdziwy festiwal na zakończenie rejsu, ale nie da się ukryć że to było straszne marnowanie pieniędzy, jedzenia i zdrowia. Popiliśmy wszystko kwaśną pigwoniadą i poszliśmy spać, wcześniej jeszcze wędrując hen daleko do łazienki, by przed spaniem wyszorować zęby.
W środku nocy obudziła nas głośna i okropna dyskotekowa muzyka, na szczęście od razu ktoś przywołał do porządku tych, prawdopodobnie nie zdających sobie sprawy ze swojej uciążliwości, młodych ludzi, którzy ją włączyli. Rankiem sfotografowaliśmy przepiękny wschód słońca. Szybkie śniadanie, krótka kąpiel na pełnej plażowiczów portowej plaży i obiad w Agromargot. I oczywiście zakup przetworów pani Eulalii.
Powrót jest męczący, duży ruch - w końcu to wakacyjna sobota, zmiana turnusów. Dla nas też. Jedziemy zrobić pranie i przepakować się. Dwa dni później przyczepimy do auta Isabellę i pojedziemy kempingować na Krk. O czym w kolejnych postach.










































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz