Musiały minąć trzy lata zanim udało nam się znów wspólnie wybrać na żagle, po raz trzeci. Tym razem Tata mial spędzić prawie całe wakacje w domu. Wiedzieliśmy o tym wcześniej, ale nie zarezerwowaliśmy łódki zawczasu. Z naszych obserwacji podczas ostatniego pobytu wynikało, że zainteresowanie żaglówkami jest jakbym mniejsze, choć jeziora wciąż są okropnie zatłoczone. Zwiekszyła się za to ilość łodzi motorowych. Dlatego postanowiliśmy, że jeśli uda nam się pojechać na łódkę, wynajmiemy ja w Wilkasach, by ominąć trasę Ruciane - Nida - Mikołajki, które to przyciągają najwiecej turystów i ruch na długim i wąskim Jeziorze Bełtany jest wzmożony. Nawet jeśli załogi irytująco warczących pojazdów zapuszczą się na położone bardziej na północ jeziora, można tam znaleść spokój w objętych zakazem używania silnika miejscach objętych ochroną przyrody, jak choćby Jezioro Dobskie ze słynną Wyspą Kormoranów. Łódkę wypożyczyliśmy dosłownie “z biegu”. Nie było z tym problemów.
Wybraliśmy się w trójkę. Mateo tego lata rozpoczynał pierwsze samodzielne wypady, na przykład kilkudniowy wyjazd samolotem do Berlina, wiec nie interesował go nasz rejs. Elio, mimo że z przyjemnością przez ostatnie dwa sezony uczył się żeglarstwa na Optymiście w Krakowskim Klubie Horn na Bagrach, też niespecjalnie mial ochotę spędzić z rodzicami cały tydzień na kilku metrach kwadratowych, w otoczeniu wyłącznie wody i zieleni, ale on wyboru nie miał.
Nie mieliśmy, to znaczy ja nie wymyśliłam na ten wyjazd żadnego planu. Albo inaczej: plan polegał na jego braku, czyli spontanicznym przemieszczaniu się przed siebie. Tydzień to bardzo krótko. Pod koniec czuliśmy niedosyt i żal. Gdyby nie to, że dwa dni po powrocie jechaliśmy na zarezerwowany pół roku wcześniej kemping na chorwackiej wyspie Krk, byłoby nam jeszcze bardziej szkoda. Albo zostalibyśmy dłużej. Zamierzaliśmy jak najwiecej nocy spędzić na dziko. Na zmianę więc to zawijaliśmy do portu by opróżnić kibelek i zrobić zapasy jedzenia, to zaszywaliśmy się w zacisznych pachnących lasem, latem i wolnością (a czasem ludzką kupa, bo wciąż wielu ludzi, którzy przenośnej toalety na łódce nie posiadają, nie korzysta z saperki) urokliwych bindugach. Bywało cudownie. A wyszło tak, że kręciliśmy się głównie po Jeziorze Kisajno i dwa razy byliśmy w Sztynorcie. Marząc o powrocie na Mazury byliśmy przekonani, że zajrzymy znów do półdzikiego portu na Jeziorze Dobskim, do Zatoki Rajcochy, ale jak przyszło co do czego stwierdziliśmy, że nie. Opłynęliśmy tylko jezioro, było zimno i pochmurno. Chyba chcieliśmy żeby wspomnienia zostały takie jak były a nowych poszukać gdzie indziej. Ale o tym że nie popłyniemy do Sztynortu w ogóle nie mogło być mowy! Śledzie i nalewka w Zęzie oraz zakup nowej drewnianej deski do krojenia na portowym straganie z rękodziełem to już zawsze będzie nasza rodzinna mazurska tradycja.
Lubię odkrywać nowe miejsca, ale powroty też są super. Wyruszyliśmy na samym początku sierpnia. Na termometrze przyjemne 22 stopnie, w aplikacji ze zdjęciami wyskoczyło mi tego dnia zdjęcie jeziora Śniardwy, które zrobiłam podczas naszego (i mojego w ogóle) pierwszego pobytu na Wielkich Jeziorach. Co rusz za oknem pojawia się sielski widok na rozległe pola i łąki. Zapomniałam zabrać mojej cieplej bluzy, miałam ja przed wyjściem zawiązać na biodrach, została w przedpokoju. Tata narzekał, ze moja torba jest za ciężka, no to mamy o jedną rzecz mniej. Trudno było się spakować, bo prognoza na ten tydzień pokazuje cały zakres temperatur i możliwości jeśli chodzi o zachmurzenie, wiatr i opady. W dodatku łódka, choć większą niż dwie poprzednie które wynajmowaliśmy, jest zdecydowanie mniej funkcjonalna. Półek jest mało, szafek prawie wcale. Ciężko poupychać ubrania i inne rzeczy, nie wiem jak tu się niby mieści 8 dorosłych osób, jeszcze z zapasem jedzenia i hurtową ilością wszelkich trunków i napitków. Nas jest tylko troje, w tym dziesięciolatek i będziemy tu zaledwie tydzień, damy radę. Nikt nie chce spać w norze na rufie, więc od razu urządzamy tam magazyn: wrzucamy wszystkie 8 kamizelek ratunkowych będących na wyposażeniu oraz nasze kamizelki i sztormiaki. Zanim po kilku postojach na kanapkę i siku dotarliśmy do malowniczych mazurskich zielonych pagórków (pośród których droga wiła się zakrętami, a za każdym z nich w gnieździe siedziało po kilka bocianów), zaparkowaliśmy na terenie portu w Wilkasach i odebraliśmy łódkę, dokonując wszystkie nudnych formalności, było już dawno po 19:00. Nawet nie sprawdzaliśmy czy pani Eulalia z Agromargot czeka na nas z obiadem, było oczywiste ze jej kuchnia jest już dawno zamknięta. Zawitamy tam za tydzień. Dojadamy kanapki z podróży, dopijamy herbatę i idziemy do tawerny, gdzie odbywa się jakiś rockowy koncert. Właściwie koncerty odbywają się we wszystkich pobliskich tawernach, a kawałek od kei przepływa właśnie statek wycieczkowy, na którym trwa dyskoteka, zabawa na całe jezioro… Okropna kakofonia sprawia że zwykły ból głowy, spowodowany zapewne lekkim odwodnieniem i podróżniczym zmęczeniem, który pojawił się po przyjeździe, zamienia się w mdłości zwiastujące początki migreny. Rezygnujemy z głośnej i zatłoczonej knajpy: i tak nie ma szant, i tak nie ma miejsca. Postanawiamy w zamian chwilę pospacerować. Mijając pobliską Biedronkę, uświadamiamy sobie, że powinnismy dokupić wodę, co kończy się małymi zakupami. Dyskont przeżywa prawdziwe oblężenie. Szczerze współczuję obsłudze. Ludzie przypuścili szturm wyjeżdżając z wózkami pełnymi piwa, chipsów i niezdrowego gotowego jedzenia, robiąc przy tym straszny syf. Prawdziwy najazd barbarzyńców. My uderzamy jeszcze na mały portowy sklepik, bo jutro niedziela, a trzeba kupić zapas mrowiska na rejs! Mam ochotę też czegoś się napić, ale butelka mazurskiego piwa kosztuje ponad 13 złotych. No bez przesady! Nie wiem na które z dostępnych tu popularnych marek się zdecydować, a za pięć minut 22:00 i zamykają, ekspedientka jest wyraźnie wykończona. Bierzemy wiec szybko mrowisko (nieduży kopczyk za 50 złotych, trzy lata temu kosztowało połowę tego), a Elio szybko wybiera smak karmelków: jabłkowe. Wracamy na łódkę, zaparzamy rooibosa i cieszymy się chwilą: jesteśmy tu! Trochę tylko szkoda, ze Mateo z nami nie przyjechał. Oraz gryzą komary.
Mimo, że do pryszniców daleko (cena za 5 minut ciepłej wody: 15 PLN) i ludzi mnóstwo, w porcie jest jakoś przyjemniej niż w zawsze z niewiadomego powodu ponurej mariny w Ruciane-Nida. Jesteśmy podekscytowani i gotowi na przygody. Żartuję, na odrobinkę żeglowania i dużo kontaktu z naturą jesteśmy gotowi. Wyciszam komórkę, zasięgu i tak zbyt wiele nie będzie. Wyruszamy, jak zwykle, po śniadaniu (późnym, jak to my).



















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz