sobota, 14 marca 2026

Ulubiony port Sztynort

Wpływamy do Kanału Niegocińskiego i niczym przez czarodziejski tunel przenosimy się do innego świata. Cudownie odcięci od rzeczywistości. I choć drobne kłopoty będą się pojawiać, a strzępy wiadomości ze świata docierać gdy telefony złapią zasięg, my podczas gdy mieszkańcy Wilanowa przeżywają dramat związany z budową w ich dzielnicy sklepu Dino, musimy stawić czoło tylko jednemu problemowi: znaleźć a następnie szybko, zanim zrobią to inni, zaanektować najładniejszą zatoczkę na nocleg. 

Tymczasem płyniemy. Zapowiada się upalny dzień. Dość szybko odkrywamy ile rzeczy zapomnieliśmy w tym roku spakować: worki na śmieci (kupiliśmy w Biedronce), prześcieradła (śpimy bez), klamerki na specjalnych linkach (coby się wpadły do wody) czy złodziejka (ta którą mamy nie pasuje).

Już wczoraj zauważyliśmy że na łódce jest pełno pajęczyn i pająków różnej wielkości, od malutkich jak mrówki po średnie. Nawet nie chcę myśleć ile zjedliśmy ich przez sen, jeśli (podobno) rocznie zjadamy około 10 z tych, których w ogóle nie widać. Wprawdzie Encyclopaedia Britannica zdementowała to popularne twierdzenie ale kto tam wie jak jest w rzeczywistości.. Owady wyłażą spod okrutnie poplątanych i pełnych supłów, przesiąkniętych wilgocią lin, które próbuję doprowadzić do porządku. Buchtuję, przy okazji przypominając sobie różne żeglarskie nazwy i terminy. Wszystko mi się plącze i myli jak te mokre liny. Pająki zaś rozłażą się po pokładzie, nas traktując jak element wyposażenia.

W ciągu dnia gorąc straszny. Otaczające nas chmury nie pozostawiają jednak wątpliwości: idzie front, pogoda ma się zmienić w nocy. Co chwila rozlega się nieprzyjemny, bo zwiastujący jakieś złe wydarzenie, sygnał syreny pogotowia ratunkowego. Jestem tu dopiero trzeci raz, ale spędziłam na tych jeziorach w sumie 4 tygodnie i ani razu nie słyszałam tak częstych alarmów. Może to tylko ćwiczenia? Turyści i żeglarze wydają się fajni, ale nawet taki laik jak ja widzi niedociągnięcia w ich obyczajach: wchodzenie i wychodzenie z portu w kostiumach kąpielowych, wystawki z suszących się ręczników w czasie gdy jednostka się przemieszcza, palenie papierosów na pokładzie. Tata, stary wilk morski, widzi więcej i bardziej niepokojące: braki w kompetencjach. Nawet w najbardziej niedostępnych bindugach widać ślady ludzkiej bytności: ognisko, czasem śmieci i zwykle cały rząd ekskrementów. Cały urok i czar takich miejsc pryska w jednej chwili. Wystarczy oddalić się od cywilizacji i spojrzeń innych i od razu wychodzi cała prawda o człowieku, a tacy są wszyscy wyrafinowani w tych marinach. Że nie wspomnę o głośnym puszczaniu muzyki - po co szukają zacisznych zatoczek, skoro nie interesuje ich ani cisza ani przyroda?

Poszukiwaniami zacisznej bindugi zajmujemy się pod wieczór, w ciągu dnia rozglądamy się za miłym miejscem na przerwę na herbatę i kąpiel w jeziorze, najlepiej bez potrzeby używania kąpielówek. Za jednym z zakrętów naszych oczom ukazuje się przecudna zatoka pełna nenufarów, otoczona gęstym lasem. Nie mam jak wejść na stronę serwisu kąpielowego by sprawdzić stan wody, niepokoi mnie jej zielony kolor. Na oko jednak sporo się w tej wodzie dzieje, życie kwitnie w pełni swej bioróżnorodności. Myślę że te małe zielone kulki to zielenice a nie sinice, zwłaszcza że nie było w tym roku upałów. Moje amatorskie przyrodoznawcze badania terenowe kończy jednak rozlegający się zza drzew grzmot zbliżającej się burzy. Czym prędzej się stamtąd zbieramy, bo brak dostępu do internetu pozbawia nas możliwości śledzenia jej na radarze, nie wiemy gdzie dokładnie i jak daleko od nas się znajduje. Ta akurat przechodzi bokiem, ale łapie nas następna, już w naszej zielonej enklawie, nazwanej przez nas Bindugą pod Pochylą Olchą. “Szumiąca Binduga Pod Pochyłą Olchą Otoczona Wodnymi Pałkami i Pięknie Rzęsą Przystrojona”, jeśli już chcecie znać jej pełne brzmienie, bowiem nadal bawimy się (ja w każdym razie daję się ponieść) w wymyślanie nazw na wzór tych w starożytnych chińskich ogrodach. Nie jest idealna, całe dno jest zawalone glonami i resztkami roślin a od brzegu oddzielają nas śliskie fragmenty drzew i gęsta rzęsa. Żałuję że i tu się nie wykąpię, zaś poranna toaleta ograniczy się do użycia wilgotnych chusteczek. Na przeciwległym brzegu sielskie widoczki na pola uprawne. Front, zgodnie z obietnicą, przechodzi koło 19:00. Przez moment jest dość nerwowo: nie trzyma tylna kotwica. Tata, jak zwykle dzielnie ogarnia sytuację, poświęcając się, w ubraniu po pas wodzie (nie miał czasu wskoczyć w kąpielówki). Pełna niepokoju zerkam na tę malowniczo pochyloną nad naszą łajbą olchę, z nadzieją że nie zamierza paść pod naporem żywiołów akurat dzisiejszej nocy. Burza zakłóciła hałasy od naszych sąsiadów, takich od dużej łodzi motorowej i głośno puszczanej muzyki. Po niej jest już spokojnie, tyle że chłodno i wilgotno. Po kolacji każdy odrywa sobie solidny kawał mrowiska. Po śniadaniu zostaje go już mniej niż połowa. Jest pyszne i nie ma konkretnej porcji, każdy odrywa ile się da i ma ochotę. Rano Tata zauważa w wodzie raka. Wędruje po dnie w kierunku szuwarów, po krótkiej chwili zakopuje się w piasku i glonach. To dowód, że moje pierwsze podejrzenia odnośnie stanu wód były bezpodstawne i bezsensowne, jest idealnie czysta. Na Google Maps znalazłam zatoczkę z nenufarami, w której planowałam się wykąpać, zanim przegoniła nas burza. To prawdopodobnie Zatoka Pali leżąca na popularnym ponoć Łabędzim Szlaku przy Dużym Ostrowie, znana też jako Pawie Oczko. W nocy źle spałam. Kolejny raz obudziłam się o świcie, ale zachodu słońca i tak nie dało się zobaczyć z powodu zachmurzenia.

Pływa się cudownie, spokojnie. Oba żagle rozłożone, na motyla. Gorąco jest tylko jak słońce wyjrzy zza chmur, a tak to w sam raz. Miejsce do popluskania znajdujemy nieopodal plaży przy jakimś kempingu połączonym z mariną. Choć zakotwiczyliśmy kilka dobrych metrów od brzegu, jakiś mężczyzna w średnim wieku, zapewne właściciel, wypływa motorówką chwilę po tym jak zażyliśmy kąpieli. Marznąc nieco w samych szlafrokach popijamy gorącą herbatę i słyszymy jak mijając nas niezadowolony mruczy coś o zastawianiu drogi. Niebo pokrywa się grubą warstwą chmur. Chwilę żeglujemy po Jeziorze Dargin. Zrywa się wiatr, Tata mówi że czwórka. Lubię jak woda ma taki ciemny kolor i oleisty wygląd. Mocno pochyleni kierujemy się do portu. Wejścia pilnuje kormoran. Naprawdę wygląda jakby stał tam w celu sprzedaży lub kontroli biletów wstępu. W Sztynorcie straszliwy tłok. Cudem udaje nam się najpierw nie wpłynąć w inną łódkę, potem znaleźć miejsce, w dodatku bardzo fajne. Nie umiem wyłączyć silnika, Tata przypomniał mi rano tylko jak go uruchomić. Nasi nowi sąsiedzi, z ogromnego jachtu motorowego, pomagają nam zacumować. Okazuje się że wynajmują go Czesi z… Czeskiego Cieszyna! Cóż za miły zbieg okoliczności, gdyż dopiero co byłam z wizytą  w tym ciekawym miasteczku, o czym pisałam w jednym z ostatnich postów. Po uregulowaniu opłaty portowej, umyciu garów i wyprawie Chłopaków z baniakiem na stację benzynową (noce są zimne, potrzebujemy paliwa do ogrzewania) udajemy się prosto do Zęzy. Zjadamy babę ziemniaczaną w kurkowym sosie i pierogi z farszem rybnym w koperkowym. Ja popijam to piwem i nalewką tarninową. Zostawiamy miejsce na lody, ale budka z lodami zamknęła się dziś wcześniej. Nabywamy kolejną deskę do naszej pięknej sztynorckiej kolekcji. Chwilę słuchamy koncertu. Dzieci otrzymują od wokalisty coś w rodzaju pamiątkowego dyplomu: “Patent Kapitański uprawniający do żeglowania po morzach i oceanach marzeń”. Bardzo podoba mi się to sformułowanie. 

Znów kiepsko śpię. O 6:00 pobudkę robi mi jedna z tych wyjątkowo  bezczelnych i upierdliwych much. Przez całą noc, co jakiś czas, rozlegało się naprawdę upiorne, niczym jęki jakiejś potwornej zmory z kosmosu, wycie wiatru we wantach. Wszyscy wstają w takich sobie nastrojach, nawet królewskie śniadanie nie pomaga: sklepowa fasolka po bretońsku ze słoika oraz kupiony wczoraj w kosmicznie drogim markecie Bakista wyśmienity pasztet z leszcza, wyprodukowany przez tutejszą Pruską Babę. Na drogę zakupiona została sielawa w occie a także piwo z Zęzy oraz nasza ulubiona pigwoniada i trochę warzyw i owoców, w tym pyszne jabłka. Wyglądają i smakują jak najlepsze wspomnienia z wakacji, zerwane prosto z sadu. Na drzwiach sklepu wisiało ostrzeżenie przed osami. Pomyślałam o osach które okupowały Szklarską Porębę podczas naszych wakacji u Ducha Gór dwa lata temu. To jeden z naszych ulubionych portów i uważamy też że najlepszy jeśli chodzi o organizacje, opłaty i dostępność sanitariatów (duża ilość toalet, ciepła woda bez ograniczeń - co najwyżej z małymi przerwami). Punktualnie o 13:00 opuszczamy marinę.

Cały dzień jest wilgotny i pochmurny. Pokręciliśmy się trochę przy tej niepogodzie. Opłynęliśmy Jezioro Dobskie. Tata mial zabawę, ja trochę zmarzłam a świeżo umyte pod prysznicem włosy skołtuniły mi się całe od wiatru. Ubrałam kalosze i moje sztormiakowe spodnie, podczas poprzednich dwóch rejsów niespecjalnie miałam okazje je ponosić, są super wygodne i funkcjonalne. Pod koniec halsujemy w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na nocleg, z właściwej strony (żeby nie kołysało łódką cala noc). Urządzamy się w przepięknej zatoczce dosłownie w ostatniej chwili - kiedy kończymy manewry i porządki z linami zaczyna lać naprawdę mocno i tak ma już być cały czas. Jest tu naprawdę cudnie: szeroka zatoczka, bardzo malownicza. Bardzo żałuję ze przez ten ulewny deszcz nie skorzystamy z niej za bardzo, z drugiej strony przy sprzyjającej pogodzie z pewnością byłaby już dawno zajęta. Wymyślam szybko nazwę: “Laguna w Cieniu Zielonego Parasola Tonącego w Deszczu" i dołączam do nieco znudzonego (a może trochę zmęczonego) Elio który zagłębił się w Miasto Karpia, fascynującą książkę-grę od Mizielińskich (niesamowita!). Tata odgrzewa kupne gołąbki ze słoika. Kiedy Elio zasiada do kolacji dysonans jest tak silny, że rozczarowany natychmiast dzwoni do Babci D., by ta przy okazji kolejnych u niej odwiedzin przyrządziła mu "prawdziwe gołąbki”. Zgadzam się, że smak tych które mamy na pokładzie jest okropny, tym bardziej że jak wiadomo, Babcia robi najlepsze gołąbki we Wszechświecie. Jednak okoliczności przyrody wynagradzają wiele. A rano okazuje się, ze wbrew prognozom już nie pada i spędzamy w naszym małym mazurskim raju cudowny poranek. Po prostu szkoda było spać, gdy wokół jest tak pięknie! Nawet motorówka rybaka, która zaparkował tuż przed nami nie zakłóciła nam wspaniałego widoku. Niedługo po śniadaniu (sielawa od Pruskiej Baby pasowała idealnie!) znów się rozpadało, jestem jednak wdzięczna za te kilka godzin słońca, poranne nawoływania ptaków i zieleń wokół. Zdecydowałam się nawet na chwilę zanurzyć w wodzie. I tu pływało w niej pełno glonów i innych żyjątek, a chwile wcześniej odwiedziło nas stadko kaczek, odpłynęły obrażone bo nie dostały nic do jedzenia. Było dość zimno, ale pływało się przyjemnie, niczego nie żałuję!

Sztormujemy przed Sztynortem. Nie zdążyliśmy wrócić na czas przed burzą, tego frontu nie dałoś się uniknąć. Może nie tyle burzą, co silnym wiatrem i deszczem, który ten za chwile za sobą przywlecze. Dopiero 16:00 lecz mamy nadzieję, że najlepsze keje nie będą już zajęte. Udało się, jesteśmy przy pomoście, bezpiecznie przymocowani. Po obiedzie mały spacer po okolicy. Pałac wciąż w remoncie, ale wyglada coraz lepiej. Powstało też jakiś interesujące muzeum. To Memuak - Multimedialne Centrum Żeglarstwa i Ekologii w Sztynorcie. Tylko w soboty jest czynne dłużej, do 21:00. Dziś już nie zdążymy tam zajrzeć, może następnym razem. Za to zdążyliśmy na lody. Chwilę słuchamy koncertu jakiejś polskiej indie-rockowej kapeli. Późno sie kładziemy, ale tym razem szkoda iść spać, bo nie wiadomo kiedy znów zawiniemy do ulubionego portu Sztynortu. (Uwielbiam tę nazwę!)

















































































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Strażnik Kisajno

Najwięcej czasu spędziliśmy w tym roku na Jeziorze Kisajno . “To prawdziwa perła Wielkich Jezior Mazurskich” możemy przeczytać w artykule Na...