wtorek, 8 sierpnia 2017

Serbska Barcelona

Podobno tak nazywana jest Subotica z powodu kolorowych domów. GPS pokazywał trochę ponad godzinę do celu. Nasi gospodarze miny mieli sceptyczne. Zachęcali nas do odwiedzenia raczej położonej pół godziny drogi od kempingu plaży nad wartkim strumieniem płynącą i czysta rzeką. Po chwili wahania wybraliśmy jednak Subotice. W końcu to z jej powodu wybraliśmy kemping na nocleg, chociaż wszystko wskazuje na odwrót: serbskie miasto stało się pretekstem do odkrycia tego magicznego miejsca pełnego dobrej energii.
Sama Subotica nie zrobiła na nas jakiegoś szczególnego wrażenia. Parę strojnych domów i ogólny chaos, ściany pobazgrane sprayem. Obiecaliśmy Mateo frytki i colę. Chętnie skonsumowałby je w swojej ulubionej "restauracji" ale uparłam się, że to nie będą mcfrytki tylko serbski fastfood.
Pierwszym lokalem, który zauważyłam była jednak księgarnia na głównym deptaku, przy którym, pod numerem 4, znajduje się najbardziej niezwykły budynek. Postanowiłam od razu kupić Hobbita, nasz pobyt w Serbii nie będzie zbyt długi i może kolejnej okazji nie być (jak już kiedyś pisałam wolę Hobbity z antykwariatu).
W drodze powrotnej dosłownie chwila na promenadzie nad jeziorem Palić. W zapadającym zmroku kupujemy w piekarni burki i bułki i wracamy by wreszcie uskutecznić celebracje wieczoru na naszym urokliwym kempingu.
No i nic z tego. Dwa przejścia graniczne, jeden błąd. Jedziemy na większe nie spodziewając się kłopotów i tracimy na nim dwie godziny. Zabijamy czas obserwując samochody. Mijamy Czechów, których dzieci na tylnym siedzeniu oglądają Krecika, każdy inny odcinek. Za chwile polskie auto, a na ekranach Wilk i Zając, tym razem zsynchronizowane ;) Mija nas auto na austriackich blachach z przyczepioną z tyłu ogromną serbską flagą. W innym jakaś muzułmanka odwzajemnia śmieszne miny dziewczynce z samochodu przed nią. I tak sobie tkwimy w korku, Chłopcy zasypiają. Wracamy dopiero przed północą, prosto do śpiworków.
Rano długo się pakujemy, w międzyczasie gawędząc z właścicielami, kolejny raz poczęstowani kawą.
Kolacja w przydrożnej knajpie, smaczna pljeskavica z grillowanymi warzywami. Koło stolików kreci się wychudzony piesek. Chłopcy interesują się nim, Elio wesoło zaczepia, Mateo jest go żal i wygląda na to, że chętnie by go przygarnął. Nie możemy go zabrać, podobnie jak pająka który uplótł sobie gniazdo w czapce Taty, nieużywanej od wczoraj, upchniętej w namiotową przegródkę. Ruszamy dalej. Do zarezerwowanego hotelu docieramy znów koło północy.

















































poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Burza z piorunami


Zachciało nam się kempingowania... Naprawdę serio przygotowywaliśmy się do tego wyjazdu. Wiadomo, podróżowanie z dziećmi wymaga trochę więcej uwagi i organizacji niż bez. Wydawało nam się więc, że jesteśmy przygotowani na wszystko, ale na to chyba do końca nie byliśmy... Ale od początku.
Wyruszyliśmy w niedzielny poranek bladym świtem, czy jak nazwał rzecz po imieniu pewien chilijski pisarz w jednej ze swoich książek "w środku nocy o 6:00". Dzień później niż pierwotnie planowaliśmy, by lepiej ogarnąć pakowanie się. No dobra, jak w końcu wgramoliliśmy się do auta dochodziła 8:00 i nie liczę już powrotu do domu z Zakopianki, by upewnić się, że pozamykaliśmy wszystkie drzwi, okna, lodówki i inne zawory.
Podróż minęła bez problemów, staramy się trasę organizować tak, by nie przekraczać gps-owych 7 godzin, z odcycowanym dzieckiem wystarczy wtedy jeden postój, tym razem na późne śniadanie. Winietki kupiliśmy przed wyjazdem w internecie. W pewnym momencie, gdzieś w górach Słowackich rozpadało się i temperatura spadła do 16 stopni, ale za węgierską granicą pogoda wróciła do swej wakacyjnej normy.
Na miejsce dotarliśmy w sam raz jak zakładaliśmy, koło 16:00, czyli już po największym upale, ale wystarczajaco wcześnie by uporać się z rozstawieniem namiotu, który okazał się dość spory (w sklepie na taki nie wyglądał) i zdążyć z prysznicem zanim zajdzie słońce...
Kemping który wybraliśmy, ze względu na uroczy retro-hippisowski styl w otoczeniu przyrody, znajduje się przy granicy węgiersko- serbskiej, niedaleko od Suboticy którą zamierzaliśmy zwiedzić jako pierwszą. Warunki są tu trochę.. spartańskie, oldshoolowe, mocno retro albo eko jak kto woli, ale nam to absolutnie nie przeszkadza, wręcz dodaje wakacyjnej atmosfery. W zamian mamy wiejski, sielankowy krajobraz, mnóstwo cudnych drobiazgów i staroci poukrywanych wsród zieleni (drzewa właściciele kempingu również sadzili sami) oraz dwie owce, konia, psy, koty i stadko kur z kogutem, chyba tym który po konflikcie z Findusem wyniósł się z zagrody Pettsona. Kusiło nas, by wynająć jeden z dwóch klimatycznie urządzonych pokoi (przestronny kremowy namiot był zajęty) ale chcieliśmy sprawdzić jak zadziała nasz nowy nabytek ze sklepu na D.
No i zadziałał... przeszedł prawdziwy chrzest bojowy a my szaloną noc. Już wieczorem nie dane nam było cieszyć się kolacją przy tealightach i herbatą przy świetle gwiazd. Wcześnie zaczęło wiać, a mnie już od ładnych paru godzin okrutnie bolała głowa. Wzieliśmy wiec prysznic i poszliśmy się położyć. Niestety front, prawdopodobnie ten który wyprzedziliśmy na Słowacji, naparł na nasz sielski azyl z całą siłą i nie odpuścił do rana. Burza za burzą, grzmot za grzmotem, ulewa z małymi złudnymi przerwami, istny armagedon.  Wiało cała noc a silne czasem bardziej czasem mniej wycie podsycało wyobraźnię. Na dobrą sprawę spaliśmy w miejscu prawie jak na dziko. W pewnym momencie rzeczywiście Tata zerwał się ze swojej maty z czołówką na głowie i słowami że COŚ łazi koło namiotu. Z zarośli dwoje świecących oczu nieruchomo i uparcie wpatrywało się w oślepiające oko latarki, dopiero po gwałtownym, ostrzegającym ruchu ramieniem, zwierzę odwróciło się i czmychnęło w krzaki. Nasz sen też, ale z nadejściem brzasku znów udało nam się na pare godzin zdrzemnać.
Szczęśliwie przetrwaliśmy noc, nie zalało nas i nie porwało w otchłań wyjacej ciemności ;) Trudno nam było uciec o poranku z przemoczonym  (tylko na zewnatrz) namiotem, wiec zostaliśmy. Chłopcy oczywiście wyspani, zadowoleni i zachwyceni kempingowym życiem. Na śniadanie zjedliśmy wczorajszy obiad, a zanim sie odgrzał właścicielka zaparzyła dla nas pyszną kawę i przyniosła jajka, a z ogródka warzywa: dorodną cukinię i dwie zielone papryki.
Zrobiliśmy porządek w namiocie. Nie rozpogodziło się choć słońce cały czas próbuje przebić się przez chmury. Nad nami lata szybowiec, kogut ma co chwilę swoją "minutę koguta" (tak, to napewno On!), przed chwila widziałam kolejną już dziś sarnę (czyżby była tym nocnym tajemniczym gościem?). Po południu wybierzemy się do Suboticy. Odpoczywamy.





























środa, 2 sierpnia 2017

Witamy po latach ;)

Tak jakoś wyszło, że pomimo kilku mniejszych i większych podróży oraz innych pretekstów do pisania, przez tak długi okres czasu nie pojawił się już żaden nowy wpis. Cóż, blog w swoim głównym założeniu miał być przede wszystkim relacją z naszego rejsu, no i owo zadanie chyba spełnił. Cały czas się łudzę, że te inne mniejsze i większe podróże też uda mi się kiedyś opisać.. Tymczasem przed nami kolejna, która ze względu na swój charakter wymaga od nas w miarę regularnego meldowania się krewnym i bliskim znajomym, w związku z czym powstała decyzja by z reaktywacja bloga dłużej nie zwlekać... Otóż niebawem, bo już za parę dni, wsiadamy do naszej starej, dobrej, wiernej i poczciwej Zuźki (Suzuki Grand Vitara rocznik 2004) by wraz z nią powłóczyć się po Bałkanach. 
W tak zwanym międzyczasie (konkretnie zimą 2015) nasza ekhm.. Ekipa Podróżnicza powiększyła się o nowego osobnika. Cynamonowooki Elio, bo o nim mowa, jeszcze bardziej zmienił perspektywę i jakość naszych wypraw, gdyż jest bardziej szalony niż jego starszy brat o oczach niebieskich jak morze. Jednakże jako zwolennicy rodzicielstwa bliskości i takich tam farmazonów z uporem maniaka targamy te nasze biedne i umęczone dzieci wszędzie ze sobą i nie inaczej będzie tym razem. 
Wstępny plan przewiduje następujacą kolejność: Serbia - Macedonia - Albania - Czarnogóra - znowu Serbia - Bośnia i Hercegowina i jak zostanie chwila to błogie lenistwo na "Naszym Ulubionym Kempingu W Chorwacji"*. Co nam z tego wyjdzie dopiero się okaże, bo w przeciwieństwie do wyprawy na Nordkapp,  w trakcie której spędziliśmy  trzy tygodnie praktycznie non stop w aucie (wyżej wspomnianym), nie chcemy ulegać presji czasu i miejsc...
Zatem, jeśli macie ochotę,  podążajcie naszym śladem :)




*o Naszym Ulubionym Kempingu W Chorwacji spróbuję opowiedzieć kiedy indziej

Dalsza eksploracja wyspy Krk

Nie mieliśmy żadnych oczekiwań odnośnie sierpniowego wyjazdu na Krk, z wyjątkiem tego by przez troszkę ponad tydzień pożyć sobie kempingowym...