wtorek, 2 sierpnia 2022

Vrsar i okolice

Miasteczko u stóp którego zamieszkaliśmy okazało się być bardzo miłym zaskoczeniem. Mając w pamięci sąsiadujący z kempingiem, na który jeździliśmy dawniej, Starigrad (odnoszę wrażenie że co drugie miasto tak się tu nazywa) spodziewaliśmy się wypełnionych hałaśliwym tłumem turystów przydrożnych kramów z nadmorskim ekwipunkiem i pamiątkami z Chin. Tu, w dawnej rezydencji biskupa Poreč, pomijając okolice mariny, jest spokojnie i nastrojowo. Przyjemnie jest błądzić labiryntem brukowanych ciasnych uliczek z kamienia, gdzie chodnik zlewa się z fasadą w jedną całość, cudownie obrośniętą śródziemnomorskimi roślinami, kwiatami o obłędnych, intensywnych kolorach. Na malutkich podwóreczkach albo tak po prostu na ulicy stoją stoliki nakryte do kolacji albo  z kieliszkiem czegoś do picia, przy których siedzą rodziny lub pary, czasem ktoś samotnie pochylony nad książką… Bezszelestnie, na mięciutkich łapkach przemykają koty, w oddali słychać muzykę na żywo. Miasteczku patronuje słynny uwodziciel i awanturnik Giacomo Casanova, który odwiedził Vrsar podczas swoich licznych podróży. Ten fakt historyczny podkreślony został w wielu zakątkach i lokalach gastronomicznych, na przykład imieniem Casanovy nazwano punkt widokowy, z którego pięknie widać port i okoliczne wyspy. Równie atrakcyjny jest widok z wieży kościoła św. Martina, przy którym pewnego wieczora zakupiliśmy za 5 kun płaską muszlę (pewnie aż tyle nie wartą) od grupki uroczych, rezolutnych i przedsiębiorczych dzieciaków.

Zajrzeliśmy i do kościoła św. Foška, gdzie znajduje się coś w rodzaju muzeum. Wpuszczono nas za darmo lecz nie pozwolono ani dotykać ani fotografować.

Przez korytarz z czerwonym dywanem, girlandami lampek i doniczkami z kolokazją zbaczamy z ulicy zapełnionych po brzegi restauracji i odkrywamy lokal trochę mniej turystyczny, bardziej swojski. Restauracja El Toro. Wrócimy tam jeszcze raz, podobnie jak do położonej nieopodal ale już zdecydowanie bardziej popularnej i obleganej lodziarni Eiscafe Istra. Niezła jest nasza restauracja kempingowa, jedna z dwóch, ale stolik trzeba rezerwować tam w porze kolacji przynajmniej dwa dni wcześniej. Warto bo kolacja z widokiem na morze smakuje bezsprzecznie jeszcze bardziej.

Większy wybór propozycji gastronomicznych można znaleźć w sąsiedniej Funtanie, która cała zdaje się być jedną wielką restauracją. Po obu stronach ulicy na wielkich rożnach obracają się świnki i jagnięta, grill i mięso króluje, ale to nie są smaki których zwykle szukamy, chociaż przyznaję, i mi zdarza się zamówić kawałek, mam niestety słabość do steków…











































































































Aeropark Vrsar, zgodnie z informacja na  Google Maps jest czynny do 20:00. Czekamy zatem aż upał nieco zelżeje zanim zabieramy Elio by obejrzał sobie samoloty. Nie kryje rozczarowania kiedy znajdujemy bramę zamkniętą, ja też jestem lekko wkurzona. Zaglądamy przez płot ale to nie to samo. Idę więc zapytać, może nas jednak jakoś wpuszczą. Udaje się, sympatyczna starsza pani siada w prowizorycznej kasie i pobiera ode mnie i Taty po 50 kun. Mimo że dzieci wchodzą za darmo, cena jest mocno zawyżona. Rozumiem koncepcję stworzenia muzeum z uszkodzonych (tudzież rozbitych) samolotów, ale maszyny są w naprawdę w opłakanym, wręcz fatalnym stanie. Rozpadające się kadłuby i gęste pajęczyny to nic w porównaniu z brudem i śmieciami. W zasadzie to nie muzeum a jakieś samolotowe śmietnisko. Można zaglądać a nawet wchodzić do środka ale zwiedzanie odbywa się, jak oznajmia napis przy wejściu, na własną odpowiedzialność. Obawiam się, że nie jest to bezpieczne a tym bardziej zgodne z europejskimi normami…





























Nieco rozczarowani a nawet zniesmaczeni opuszczamy to zaniedbane miejsce i jedziemy nad fiord, Limski zaljev, wcinający się w ląd na długość 9 km. Nazwa pochodzi od łacińskiego słowa limes znaczącego granica. Najpierw okropnie zapyloną drogą na jeden z punktów widokowych, potem do jego początków (czy też końca, zależy jak na to patrzeć), gdzie znajduje się kilka restauracji oraz drewnianych budek z miodem, oliwą, truflami i lokalnymi serami, a poza tym jest bardzo ale to bardzo ładnie, zwłaszcza że właśnie zachodzi słońce. Na kolację wybieram knajpkę w głębi lądu, by mieć pretekst do kontynuowania samochodowej wycieczki, ku niezadowoleniu reszty załogi. Jedzenie w Konoba Danieli jest nieco bardziej tradycyjne i tłuste niż to nad morzem (na szczęście to oliwa z oliwek) ale smaczne (domowy chorwacki rosołek!), więc marudy zostają udobruchane. 


















poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Figi najlepiej smakują nad Adriatykiem...

Czyli znowu nie mieliśmy gdzie jechać na wakacje…
Wspólnym rodzinnym głosem wybraliśmy Bolonię, kulinarną stolicę Włoch z najstarszym na świecie (razem z francuską Sorboną) uniwersytetem. Chłopcy nie chcieli do Bawarii tylko na spaghetti i lamborghini z ferrari. Jedyny sensowny apartament jaki udało się znaleźć (albo są w centrum bez miejsca do parkowania albo poza naszym zasięgiem finansowym) nie posiadał klimatyzacji. Ale nawet klimatyzacja nie miałaby sensu oraz szans z nadciągającym afrykańskim antycyklonem, który zmierza na Włochy i spowoduje, że temperatura w mieście arkad oscylować będzie wokół 40 stopni Celsjusza. Szkoda, apartament choć urządzony odrobinkę kiczowato wydawał się fajny, miał podobny układ jak nasze wielkanocne mieszkanie w Niderlandii a na ścianie, zabawny zbieg okoliczności, wisiała fotografia zamku Neuschwanstein, który zwiedzalibyśmy, gdyby w rankingu na tegoroczną miejscówkę zwyciężyła Bawaria. Nie wiedzieliśmy co zrobić i gdzie w końcu jechać. Po krótkiej acz burzliwej naradzie zostało postanowione: przestajemy wydziwiać i jak na przyzwoitych Polaków przystało jedziemy do Chorwacji. Miałam w związku z tym ogromne obawy, nadal nie uporałam się z traumą po naszym ostatnim tu pobycie*, ale może czas się z tym zmierzyć… No i tym razem kierunek Istria, gdzie podobno jest nieco bardziej cywilizowanie jeśli chodzi o kwestie sanitarno-kanalizacyjne. Zatem w sobotę doczepiamy Isabellę, pakujemy SUPy i jedziemy!
Standardowo: nocleg po drodze, obiad na rodzinnej stołówce (IKEA, Brno, gdzie mamy też kupić dywan do przyczepy ale pomimo dwóch dużych bagażników dachowych i auta kombi już się nie zmieścił), jajecznica na śniadanie w słoweńskim pensjonacie i mijany po drodze sznur aut sunących na jakiś letni zjazd, tym razem są to maluchy. Jedzie z nami doniczka petunii i dwie pluszowe pandy.
Późnym  niedzielnym popołudniem rozkładamy w niewielkim cieniu wysokiej pinii przyczepę na sporym (chociaż jednym z najmniejszych), dość zatłoczonym kempingu w uroczej miejscowości Vrsar, po włosku Orsera. Wszystkie nazwy są bowiem w obu językach i chyba to sprawia, że tak bardzo mi się spodoba w tej części Chorwacji: Istria jest trochę włoska. Lepsze jedzenie (i dużo makaronu w restauracyjnych menu), trochę bardziej życzliwi ludzie, grappa serwowana w restauracji razem z rachunkiem za posiłek czy “ciao” na pożegnanie. Świetna oliwa, słynne na cały kraj wino oraz rzecz jasna trufle. Skoro trafiamy w truflowe zagłębie staram się jeść codziennie te luksusowe grzyby z podziemia o dziwnym aromacie i choć serca mojego nie zdobyły (prawdziwki, kurki i zielonki w occie pozostaną już w nim na zawsze jako te “naj”) to było smacznie. A skoro Chorwacja to  też oczywiście moje ulubione zielone figi, najpyszniejsze arbuzy oraz bałkańskie przysmaki w rodzaju burka i baklawy.
Na kempingu mnóstwo ptaków. W łazience drobne, w czarnych smokingach, podobne do jaskółek. Przesiadują najchętniej na suszarce do rąk albo podglądają nas w toalecie, nad którą, pod stropem zbudowały gniazda z miedziano-buraczkowej barwy (wszechobecny tu kolor ziemii) błotka i trawy. Czujnie obserwują, czy nic nie zagraża ich pisklakom: z gniazda wystają cztery głodne, otwarte na całą szerokość dzióbki. Któregoś ranka dwa ptaszki wypadły z gniazda, przeżyły ale później już maluchów nie widziałam. Na dachu z impetem lądują mewy. Nie wiedzieć czemu szczególnie upodobały sobie szybę okien połaciowych. Siedzą i drą się jak opętane, czasem gdaczą jak kury, czasem przypomina to miauczenie kota innym wrzask zaaferowanych małp. Czyhają na jedzenie. Zdarza się, że te bardziej bezczelne próbują siadać na namiotach. W nocy, głośniej niż cykady słychać melodyjne nawoływania jakiegoś innego gatunku. Zaczyna koło północy i powtarza swoje regularne trele aż do świtu. Oprócz tego mrówki, jak wszędzie jest ich pełno. Maciupeńcy zwiadowcy natychmiast reagują na upuszczony okruszek czy nierozważnie zostawione resztki śniadania albo owoce. Najsympatyczniejsze są chyba jaszczurki. Jedna z nich wprowadza się po kilku dniach do naszej przyczepy, kręciła się też ostatniego przy bagażach, niewykluczone zatem że wyemigrowała z nami do Polski. Nie przeszkadza nam, wyjada niepożądane owady, chociaż w mrówkach akurat, niestety, nie gustuje. Po kempingu włóczy się łaciaty kot. Mateo spotkał też raz żmiję.
Nie gotujemy, nawet nie odgrzewamy gotowego jedzenia. Jest zbyt gorąco, zresztą nikt tu nie kucharzy bo jest mało Słoweńców, z ich całkowicie wyposażonymi również od strony kuchni, rozwlekłymi, całorocznymi przyczepami. Kemping zamieszkują głównie Niemcy, Holendrzy i Austriacy, trochę Włochów. Nasza kuchnia polowa służy zatem li i jedynie do parzenia kawy w dżezwie, najlepszej na całym świecie. 
Na “naszym” eks-ulubionym kempingu, otoczonym górami, mieliśmy z plaży widok na wyspę Pag. Tu jest zupełnie inaczej, lecz nie mniej malowniczo. Kilka wysp, jachty na kotwicy a w tle z tyłu, położony jak większość istryjskich miasteczek na górującym nad okolicą pagórku, Vrsar, z wysoką wieżą kościoła.
Plaże są dwie: kempingowa i miejska, ta druga bardziej zatłoczona. Kiedy odkrywamy, ż jesteśmy w stanie bez problemu, w kilkanaście minut, dopłynąć na sup-ach do kilku najbliższych wysp, omijamy je szerokim łukiem. Wsiadamy na deski i spędzamy kilka godzin z dala od tłumów, w przeźroczystej, turkusowej wodzie, w towarzystwie kilku równie mało towarzyskich naturystów i zabłąkanych pływaków, krabów, ryb i jeżowców na dnie. Jest cudownie na wapiennych, obrośniętych niskim śródziemnomorskim lasem dzikich plażach. Kiedy za rogiem wyspy zrzucam górę od stroju kąpielowego i zanurzam w chłodną, pofalowaną toń albo leże na sup-ie grzejąc w słońcu, czuję się wolna i szczęśliwa. A gdy daje się przekonać do przymierzenia maski do snorkelingu i odkrywam wcześniej niedostępny dla moich oczu  wodny świat i komfort pływania, nie wyobrażam  już sobie, że można w inny sposób spędzać wakacje.













































Dalsza eksploracja wyspy Krk

Nie mieliśmy żadnych oczekiwań odnośnie sierpniowego wyjazdu na Krk, z wyjątkiem tego by przez troszkę ponad tydzień pożyć sobie kempingowym...