Dziś
zamiast kolacji grill na świeżym (no powiedzmy..) powietrzu. Coś w
rodzaju ogrodowej imprezki, zwykle bez okazji. Świeżości powietrza
w znaczeniu dosłownym nie da się zaprzeczyć ale wizualnie
wydarzenie to może trochę odbiegać od tradycyjnego wyobrażenia na
temat barbecue w plenerze. Marynarze rozstawiają stoły na
zabrudzonym smarem i sadzą pokładzie, rozkładają pstrokate ceraty
i zawieszają girlandę z kolorowych żarówek. Jak jest okazja
(ktoś ma urodziny na przykład) to jeszcze balony. Na dużym grillu
kucharz przygotowuje wybrane przez delikwenta mięso, do tego są
sałatki i alkohol wyjątkowo na koszt firmy. Marynarze Filipińczycy
zwykle racza się Fundatorem, oficerowie piwem, inni według
uznania. Atmosfera jest luźna i podobno kończy się koncertem
karaoke w wykonaniu azjatyckiej części załogi. Podobno, bo jakoś
ani razu nie miałam okazji się przekonać i zabawić (zaśpiewac?),
bo zawsze coś: a to pogoda się zepsuła, a to załoga obraziła na
kapitana a to grill wcale się nie odbył. Nie wiem jak będzie tu,
bo dla rodziców z małymi dziećmi, jak wiadomo powszechnie, imprezy
kończą się zwykle zanim się na dobre rozpoczną, a poza tym mamy
totalnie nierozrywkowy katar :(
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Hundertwasser vs. Habsburgowie czyli jesienny weekend w Wiedniu
Długi listopadowy weekend był dla nas ostatnią w tym roku okazją na wspólną wyprawę, ze względu na powrót Taty na morze. Chętnie zabralibyśm...
-
Zanim “utknęliśmy” w La Fortuna, dotarliśmy na Karaiby… Najpierw jednak musieliśmy przedostać się przez Ocean Atlantycki, co zajęło nam półt...
-
Niby że do kulinarnej stolicy Włoch. Niby że do miasta z najstarszym uniwersytetem w Europie (sorry, Sorbono). Do ojczyzny spaghetti z bol...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz